Zmora (Opinia bezspoilerowa)
„Zmora” to nowy polski serial, który udowadnia, że nie ma czegoś takiego jak „zmęczenie kryminalnymi thrillerami”. Powody? Coś nowego w podejściu do opowiadanej historii, do tego z genialną obsadą, a mogliśmy się o tym przekonać mają przedpremierowy wgląd w pięć pierwszych odcinków!
„Zmora” jest adaptacją dobrze przyjętej książki Roberta Małeckiego, w której historia toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych: teraźniejszość, gdzie dziennikarka Kama wraca do rodzinnego Torunia po błędzie redakcyjnym, który depcze jej karierę, oraz przeszłość z młodości Kamy, w której doszło do „rozwiązanego” zaginięcia jej przyjaciela – nie bez powodu biorę to konkretne słowo w cudzysłów, bo poziom rozwiązania tamtej sprawy jest właśnie pretekstem, żeby odświeżyć ją po latach. Retrospekcje cofają nas przy tym zarówno do lat dziewięćdziesiątych, jak i osiemdziesiątych, co tylko wzbogaca całą narrację.

Początkowo nie byłem przekonany do sposobu prowadzenia śledztwa w pierwszych trzech odcinkach. Cały proces sprowadzał się do przepytywania postaci zaangażowanych w sprawę, właściwie nie posuwając historii w konkretnym kierunku ani nie podając jasnych powodów, dlaczego to się robi. Niespecjalnie mi to jednak przeszkadzało, bo dużo ciekawsze było dla mnie śledzenie obu linii czasowych i doszukiwanie się zmian czy nieścisłości między nimi np. różnic w relacjach Kamy z przyjaciółmi i rodziną na obu liniach i tego, z czego mogą one wynikać. Twórcy dobrze skonstruowali tę historię, żeby konkretnymi odpowiedziami i informacjami wskazywać obszary, z których kiełkowało sedno sprawy, a wszelkie niuanse odbijały się na bohaterach np. jak wracająca przeszłość wpływała na ich skrajne zachowania we współczesności.
Dobrze dopracowano też szczegóły fabularne: pozornie poboczne wątki, wrzucone jakby przypadkiem, ostatecznie okazują się istotne dla całej intrygi. Właśnie tu kryje się symboliczność tytułu „Zmora”. Już we wczesnych minutach okazuje się, że coś w przeszłości nie gra, a po latach wraca to ze zdwojoną siłą, i z kolejnymi odcinkami ten zakres tylko rośnie. Okazuje się, że każdy bohater ma swoje za uszami, pozornie idealne życia wcale takie nie są, a z pozoru proste rozwiązania mogą kryć dużo głębsze decyzje. I to nie tylko w kontekście kryminalnej sprawy, ale ogólnie prywatnego życia bohaterów. Szczególnie podoba mi się tutaj trójkąt miłosny z udziałem Kamy i Joanny, bo stworzył się z niego przejmujący dramat rodzinny o głębokich korzeniach, dający realne spojrzenie na całą sytuację, a obraz ma jeszcze mocniejszy wydźwięk za sprawą kłamstw bohaterów i reakcji osób pośrednio objętych sytuacją, jak ich dzieci, które nie pozostają bierne, tylko na swój sposób szukają odpowiedzi. Mogę tu zaświadczyć jako osoba z podobnej rodzinnej historii, że rzeczywiście „jest coś na rzeczy” i jest to poprowadzone z głową.

Prowadzenie tytułowego motywu jest dla mnie najciekawszym elementem serialu. Z odcinka na odcinek zyskuje na intensywności, a im więcej wiem, tym tak naprawdę więcej (nie)wiem o bohaterach i ich komplikacjach. Narracja skłania do konkretnych pytań, chęci doszukiwania się odpowiedzi i próby zrozumienia bohaterów, a te punkty pośrednio wpływają na główne śledztwo, rodząc jeszcze więcej pytań i nieoczywistych zwrotów, przede wszystkim jednak dodają bohaterom wielowarstwowości, dzięki czemu stają się dużo bardziej interesującymi postaciami. Szczególnie podoba mi się prowadzenie wątków z przeszłości, które w żaden sposób nie tracą na wartości przez znajomość teraźniejszych okoliczności. Wręcz przeciwnie, to dobrze poprowadzona, samodzielna historia pokazująca skomplikowany konflikt wśród młodzieży i dorosłych, gdzie postacie skrywają swoje sekrety, a patrząc na to, do czego bohaterowie doszli w teraźniejszości, jeszcze mocniej zastanawiam się, jaki właściwie był bieg wydarzeń. To też moment, od którego (mniej więcej od czwartego odcinka) lepiej wybrzmiewa główne śledztwo: policja zaczyna wchodzić głębiej, robić swoją typową robotę, a ta kieruje ją w konkretne miejsca, co ma swoje następstwa wśród bohaterów. Dochodzi do niebezpiecznych sytuacji, które rodzą pytania posuwające fabułę naprzód i jeszcze mocniej komplikują relację między przeszłością a teraźniejszością, bo coraz więcej faktów przestaje się zgadzać, zostawiając nas z pytaniem „dlaczego?”.
Obsada robi tu robotę, co nikogo nie powinno dziwić, zważywszy na umiejętności aktorskie każdego z nich. Magdalena Cielecka idealnie tworzy portret silnej, niezależnej kobiety z dużą charyzmą, która potrafi unieść na swoich barkach nawet najnudniejszą scenę, a przy tym z każdym partnerem aktorskim łapie odpowiednią intensywność relacji, tworząc żywe, energiczne rozmowy czy konflikty. Szczególnie chcę też wyróżnić jej młodszą wersję graną przez Oliwię Gołębiowską. Widać w tej roli spory potencjał aktorski, wykorzystany zarówno w lekkich, młodzieżowych akcentach, jak i w bardziej wymagających scenach tragedii czy zagrożenia, z naturalną grą i pełnym wczuciem się w emocje. Bardzo dobrze ogląda się też drugoplanową część obsady, która potrafi nadać swoim postaciom sporo wyrazistości i charyzmy, zyskującej na wielowarstwowości z kolejnymi odcinkami, kiedy mocniej wnikamy w przeszłość. Szczególnej uwadze polecam Joannę w wykonaniu Katarzyny Bujakiewicz, która świetnie wykorzystuje swoje kilka scen w pierwszych pięciu odcinkach, żeby oddać skomplikowany obraz rodziny (publicznie potrafi pokazać euforię, a w rodzinnych kątach prawdziwy dramat przepełniony skrajnymi, negatywnymi emocjami). To mistrzowsko odegrany obraz, który w sekundę potrafi chwycić za serce. Dobrze ogląda się też dwóch policjantów o zupełnie innym poziomie doświadczenia – jeden młody, z ambicjami i chłodnym dystansem skupionym na celu, drugi po przejściach, z dużym doświadczeniem i własnymi zmorami za uszami. Obaj aktorzy dobrze radzą sobie z oddaniem swoich postaci, a ten drugi ma zresztą sporo do pokazania w późniejszych odcinkach, kiedy ujawnione sekrety wpływają na jego postać i z prostego charakteru robi się skomplikowany obraz wymagający grania na silnych emocjach (z czym aktor radzi sobie na medal). Szkoda mi tylko, że sama motywacja komisarza prowadzącego wznowione śledztwo jest dość słabo zarysowana scenariuszowo (działa to trochę na zasadzie „bo tak”, a o samej postaci dowiadujemy się dość mało, więc mimo świetnej gry aktorskiej wypada ona dość płasko napisana).

Na siłę przyczepiłbym się do chłodnej, surowej kolorystyki obrazu. To kolejna produkcja, która już samym obrazem informuje nas, z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Jest on odpowiedni dla mojego oka, klimatów historii, ale nie wyróżnia się na tle innych produkcji, a na dodatek tłumi atrakcyjność samej lokalizacji, jaką jest Toruń. Warto też wspomnieć, że w produkcji zabrakło większego nacisku na samo miasto, czego nie uważam za dobre rozwiązanie, bo w książce ten nacisk był wyraźnie położony, a Toruń to piękne miasto, z którego dałoby się wyciągnąć dużo więcej.
Dziękujemy HBO MAX za przedpremierowy dostęp do pierwszych 5 odcinków. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Zalety serialu „Zmora”
- Świetnie poprowadzona dwutorowa narracja
- Głębia psychologiczna i wielowarstwowe postacie
- Poruszający wątek obyczajowo-rodzinny
- Wciągający wątek z przeszłości
- Zwiększenie dynamiki od 4. odcinka
- Przemyślana konstrukcja fabularna
- Wybitne kreacje aktorskie
Wady serialu „Zmora”
- Ślamazarny i konfuzyjny początek śledztwa
- Płasko napisana postać komisarza
- Odtwórcza i generyczna oprawa wizualna
- Niewykorzystany potencjał Torunia

