WspółpracaWywiady serialowe z aktorami

Wywiad z Robertem Małeckim (Premiera „Zmory”)

Za nami dzień prasowy serialu „Zmora”, który od dziś możecie oglądać na HBO MAX! Poniżej nasza rozmowa z autorem książki, którą adaptuje serial!

Transkrypcja wywiadu

Sebastian Smyk:

Robert, mamy serialową adaptację twojej książki i, no, zapytam o to, o co zapytało Cię pewnie wielu przede mną – może po prostu zapytam o różnice: czy są znaczące?

Robert Małecki:

W moim pojęciu nie są znaczące. To znaczy, tak, obejrzałem ten serial wielokrotnie, przyglądałem się temu, na ile on odpowiada mojej powieści, i zauważam jedną rzecz, z którą zgadzają się zresztą producenci tego serialu, że punkt wyjścia tej historii i finał tej historii jest punktem wyjścia i finałem mojej powieści. W związku z tym wydaje mi się, że to jest gdzieś w granicach 80% – ta historia serialowa jest przeniesiona, w warstwie intrygi kryminalnej, bezpośrednio z książki. I są oczywiście pewne zmiany, które są istotne dla tej opowieści serialowej. I bardzo dobrze, ponieważ ja nie napisałem scenariusza do sześciu odcinków, ja napisałem powieść, a scenarzyści muszą zbudować w każdym z odcinków intrygującą historię, intrygujące, rosnące napięcie, i jeszcze to napięcie musi wzrastać z odcinka na odcinek. Więc to jest rzeczywiście karkołomna, trudna praca i ona wymaga w tym momencie pewnych drobnych zmian, także jeśli chodzi o samą kwestię, chociażby obyczajową, czy tej warstwy obyczajowej życia moich bohaterów, między książką a serialem. I bardzo dobrze, że to zrobili, uważam, że to wyszło na plus. No, nie dałoby się – to było chyba nieznośne, przenoszenie jeden do jednego, jaki to by miało sens.

Sebastian Smyk:

Czy scenarzyści, wprowadzając modyfikacje względem pierwowzoru, kontaktowali się z Tobą?

Robert Małecki:

Nie. I nie było takiego powodu. Ja też nie chciałem takiej konsultacji, bo wiesz, do czego ta konsultacja by się sprowadzała – że ja pewnie bym próbował zachęcać do tego, żeby było tak jak w książce, a to nie byłoby z korzyścią dla serialu, bo miał powstać serial, a nie książka druga, czy jakbyśmy jej nie nazwali. Więc nie, ja nie mam w sobie takiego poczucia, że to moje dzieło, że nie wolno tam przesunąć przecinka i tak dalej. Nie, to miał być materiał na intensywny, ciekawy serial kryminalny, z Toruniem, o Toruniu, Toruniem w tle. To chyba było dla mnie ważniejsze, bo ja pamiętam, że kiedy otrzymałem telefon od Piotra Dzięcioła z propozycją „Zmory”, no, ja do ciarki mam do tej pory, jak sobie przypominam to zdarzenie, bo ja siedziałem wtedy w samochodzie z mamą, gdzieś jechałem, i po prostu myślałem, że kierownicę wypuszczę z rąk. I usłyszałem – to już było dla mnie coś niesamowitego. Plus usłyszałem nazwiska aktorek i aktorów, którzy wystąpią w tej produkcji – no to już właściwie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. A potem padło hasło, że przyjeżdżamy niedługo do Torunia, w Toruniu kręcimy, w Toruniu będziemy kręcić sceny. No to wiesz, no to dla faceta, który pisze o Toruniu całe życie, który jest związany z tym Toruniem – kocham to miasto – pomyślałem sobie: „Rany boskie”. No to jest takie spełnienie marzeń, wiesz, że powstała kiedyś książka o Toruniu, a teraz przyjeżdżają do Torunia z tego tylko powodu, przyjeżdża cała ekipa aktorska i kręcimy tu serial kryminalny. Wiesz, to jest tak miłe, tak wzruszające, tak budujące, że ja naprawdę już nie wiem, co miałbym jeszcze tu powiedzieć, bo to są niezwykłe emocje po prostu.

Sebastian Smyk:

Czy w serialu są takie zmiany względem książki, które czytając, oglądając, miałeś takie: „kurczę, że ja na to nie wpadłem, chętnie bym to zamieścił w książce”?

Robert Małecki:

Wiesz co, chyba tak. Myślę, że było kilka takich rzeczy. Nie wiem, czy powinienem o tym mówić, żeby nie popsuć też pewnego odbioru, ale jedną z takich rzeczy – ja mam bliźniaków w tej opowieści, czyli jest Piotrek, Piotrek Janocha, serialowy Piotrek Knap, jest Kama Kosowska, jest Michał Bąk, brat Michała Bąka – już nawet sam nie pamiętam, jak ma na imię – i sam się zastanawiam, czy ja właściwie dobrze zrobiłem, że dałem tych bliźniaków, czy nie trzeba było połączyć ich w jedną postać, tak jak słusznie zresztą zrobili twórcy scenariusza. Bardzo dobry to był pomysł. Też połączyli jeszcze dwie postaci, takie poboczne, gdzieś tam – to bardzo dobrze wyszło, moim zdaniem, w tej opowieści. Wiesz, bo kiedy piszesz powieść, to myślisz sobie, że nic cię nie limituje, że możesz zawsze sobie dodać jakąś tam postać, co oczywiście wcale nie jest jakimś tam rozsądnym działaniem. Ale dzięki temu, że twórcy scenariusza okroili te postaci, ta historia stała się bardziej historią kameralną. Co bardzo dobrze robi każdemu kryminałowi. Bardzo dobrze. I uważam, że to były bardzo dobre ruchy. Były też pewne, tak jak mówiłem już wcześniej, zmiany w zakresie życia, obyczaju, tego, jak swoje życie prowadzą bohaterowie. Mój Lesław Korcz jest trochę innym bohaterem niż Tomasz Korcz, grany przez Piotra Żurawskiego, ale za to świetnie się to broni w serialu, w tej opowieści. Więc wiesz, ja nie mam o to żadnych pretensji, a wręcz jestem zbudowany właśnie, że to w takim fajnym kierunku poszło. Czy ja bym dzisiaj pisał inaczej Korcza? Nie sądzę. Chyba zostałbym przy tym swoim bohaterze. Pewnie też z zupełnie innych względów, wiesz, bo ja muszę patrzeć też na tych bohaterów, których tworzę dla innych serii powieściowych. Ja muszę mieć tych bohaterów zróżnicowanych, więc dla mnie pewnie próba sprowadzenia tego Korcza na tę samą serialową drogę nie byłaby udana, więc zostaje przy swoim Korczu. To jest oczywiste, ale tak jak mówię, na ekranie broni się bardzo dobrze.

Sebastian Smyk:

Wracając po jakimś czasie do tej historii, jakie wiążą się z tym emocje?

Robert Małecki:

Ojej. Wiesz co, to jest trudne, bo ja oczywiście nie czytam swoich powieści, a tym razem musiałem ją gruntownie przejrzeć. Gruntownie przejrzeć i przypominałem sobie różne rzeczy, i nadal myślę sobie, że to jest fajna historia – tak po prostu, tak po ludzku – że ona jest taka właśnie trochę brudna, trochę szara, trochę taka rzeczywista, jednocześnie jest fikcją literacką, ale gdzieś te emocje, wiesz, gdzieś się pojawiają. Miałem takie zadanie, z którego starałem się wywiązać, czyli pokazać pewne sceny, które można będzie przykryć obrazem serialu, czyli ja bym na przykład przeczytał fragment i pokazujemy fragment serialu, i że to się zgadza – i rzeczywiście znalazłem w każdym z tych odcinków co najmniej kilka takich propozycji, i to już było niezwykłe, wiesz, że to tak funkcjonuje właśnie, że to rzeczywiście wprost pokazuje, że ten serial powstał z tego oto tekstu. To jest naprawdę fajne.

Sebastian Smyk:

Tytułowy motyw zmora pokazuje nam, że są takie zdarzenia z przeszłości, które nierozwiązane będą w jakiś sposób nas kreować. Czy, chwytając ten motyw w książce, znajdziesz dla siebie w tym jakieś osobiste odbicie, inspirację do tego?

Robert Małecki:

Tak, oczywiście, że tak, bo „Zmora” moja książkowa powstała jako opowieść o przemocy rówieśniczej, ale też o tym, jaki to ma wpływ na nas dzisiaj, dorosłych. Mówiłem już o tym w kilku chyba dzisiejszych rozmowach, że to były czasy, kiedy ja chodziłem do szkoły podstawowej – początek lat 80. czy połowa lat 80. – że myśmy się po prostu bili, no. Wiesz, no, najpierw jak wspominam sobie lata szkolne – ach, jak było super i wspaniale – a potem sobie przypominam wszystkie te rzeczy, które nie były takie super fajne i super miłe, bo myśmy się tam, mówię, prali, wyzywali, wiesz, robili sobie krzywdę, i jeden drugiego bił, i słabszy był, potem słabszego jeszcze, i tak dalej, i tak dalej. To wszystko było też moim udziałem jakimś. Też pomyślałem sobie, że trzeba się z tym jakoś rozliczyć, tak, względem samego siebie – że też nie byłem taki, wiesz, super fajny, wspaniały, i że owszem, ja dostawałem, ale ja też byłem tym, który gdzieś tam stosował tę przemoc wobec innych. No i tu nie chcę się wybielać w żaden sposób, ale chciałem też jakby wrócić do tego momentu i zastanowić się, jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. I tak powstała Kama Kosowska, która się mierzy z takim problemem, która, no, właśnie w sposób bardzo nieoczywisty traktowała Piotra Janochę, czy Piotrka Knapa serialowego. Jaki to ma wpływ na nią dzisiaj? Czy jej niepowodzenia i porażki w życiu osobistym i zawodowym to jest efekt tego, kim była, czy nie? Czy jest ciągłość między tym, kim byliśmy, a kim jesteśmy? Czy tej ciągłości nie ma? To było chyba coś, co, wiesz, no, jakoś spędzało mi sen z powiek, kiedy pisałem tę opowieść.

Sebastian Smyk:

Czy dziś masz jeszcze swoją zmorę?

Robert Małecki:

Wiesz co, każdy ma zmorę. Każdy ma jakąś zmorę. Myślę, że to jest zupełnie naturalne – kim byśmy byli, gdybyśmy tego typu doświadczeń nie mieli w swoim życiu. Pytanie jest, co z tą zmorą robimy. No, dzisiaj, gdybym miał mieć swoją zmorę, to pewnie bym pomyślał o tym, czy moją zmorą nie będzie to, że zabraknie mi pomysłów, na przykład na pisanie opowieści kryminalnych, i w jakim świetle mnie to postawi względem samego siebie. Ale wiesz co, nie mam takich zmor. No właśnie, cały problem polega na tym, że mam za dużo chyba pomysłów, a za mało czasu, żeby je wszystkie spisać. Ale te inne zmory też są na pewno, więc jakby, wiesz, no, każdy z nas się mierzy z czymś, co w przeszłości nie wyszło, co z jakiegoś powodu, nie wiem, jest jakąś taką naszą zadrą w serduchu, że coś się nie udało, i tak dalej, i tak dalej. Bez względu na to, gdzie jesteśmy dzisiaj, czy jesteśmy dzisiaj wielkimi biznesmenami, osiągamy sukcesy w sporcie, czy cokolwiek innego robimy, to jednak coś nas buduje, coś nas tworzy. I wiesz, no, rolą autora powieści jest też sięganie po tego typu elementy z życia, żeby opowiadać jakieś inne historie, bo mimo że ja piszę powieści gatunkowe, powieści rozrywkowe – bo „Zmora” jest powieścią rozrywkową, bądź co bądź – to jednak chciałbym, żeby ona miała kilka takich warstw, że to nie jest tylko prosta opowieść o zbrodni, o zaginięciu, tylko że to jest także opowieść jeszcze o czymś, po prostu o czymś.

Dziękujemy platformie HBO MAX za zaproszenie na press junket. Platforma nie miała wpływu na rozmowę i materiały.