Recenzje serialiWspółpraca reklamowa

Mandalorian i Grogu (Opinia bezspoilerowa)

Bardzo dobrze bawiłem się na serialu, więc obowiązkową wizytą było dla mnie kino, żeby zobaczyć, co dalej będzie miało się z lubianą przeze mnie paczką bohaterów. I dostałem film zgodny z moimi oczekiwaniami. Co to znaczy w praktyce o „Mandalorian i Grogu„?

Fabuła wrzuca nas prosto w wir pracy dla Nowej Republiki. Mando i Grogu mają na celowniku pewnego imperialnego szychę, ale żeby w ogóle do niego dotrzeć, muszą najpierw odhaczyć przysługę dla syndykatu Huttów. Zadanie? Odbić Rottę, czyli syna samego Jabby.

Sama struktura scenariusza to klasyczny, nieskomplikowany quest rodem z dobrych gier komputerowych: postacie dostają zadanie, a to rozgałęzia się na kolejne etapy, przez które musimy przejść razem z nimi. I wiecie co? To działa! Zwłaszcza że gwiezdnowojennej akcji dostajemy tu pod dostatkiem i jest ona mega zróżnicowana. Mamy tu dosłownie wszystko: od soczystych, ciasnych potyczek w korytarzach z genialnym wykorzystaniem otoczenia, aż po epickie starcia X-Wingów i wszystkiego, co potrafi latać, zrobione z ogromnym rozmachem, kończąc na bogato przedstawionych światach o zróżnicowanym tonie, aż po postacie z fajnymi sylwetkami np. wizualnie planeta Huttów to absolutny majstersztyk, a detale i różnorodność lokacji po prostu cieszą oko – jest na co popatrzeć (dobra, ale i tak jarałem się mega areną gladiatorską – czuć było tu inspirację „Gladiatorem” czy „Spartakusem”).

fot. IMBD / Disney+

Sercem programu są jednak bohaterowie. Relacja Mando i Grogu to wciąż ta sama, ciepła i urocza więź, którą tak polubiliśmy w serialu. Ale uwaga… nasz mały zielony kumpel zalicza potężny progres! Grogu przestał być tylko słodką maskotką z tyłu wozu. Chłopak bierze czynny udział w akcji, ogarnia proste zadania, a w pewnym momencie dosłownie niesie na swoich małych, zielonych barkach ogromny ciężar fabuły.

Z nowych twarzy system totalnie rozwalił Rotta, syn Jabby. Zapomnijcie o stereotypowych, tłuściutkich kluchach. Młody Hutt ma umięśnioną posturę, co całkowicie zrywa z tradycyjnym przedstawieniem tej rasy. Z charakteru to twardy, zdecydowany i totalnie zawadiacki gość, który nie idzie szablonami. Kupił mnie od pierwszego wejścia! Drugi gigantyczny plus leci do bandy czterech małych niziołków. Ich gwarek i nazywanie Grogu „bobasem”, nawet w najbardziej intensywnych scenach, to było czyste, urocze złoto. Humor ogólnie siadł idealnie i świetnie spuszczał powietrze z nadętej powagi historii (jak choćby wtedy, gdy Grogu w przezabawny sposób pukał Mando w hełm). Oczywiście relacja Mando-Grogu to samograj – tak jak zachwycałem się w nią w serialu, tak i tutaj dostarcza powtórkę z rozrywki, która dalej grzeje serduszko i wywołuje uśmiech na twarzy łapiąc się za urocze pierdoły jak Grogu pukający w hełm Mando (cute scena, serio!).

Od strony technicznej nie ma się do czego przyczepić. CGI trzyma wysoki poziom, a masa fizycznych makiet i świetnie animowanych kukiełek potężnie podkręca imersję i realizm. No i audio! Elektroniczne, nowoczesne wstawki w klasycznym motywie muzycznym? Podczas sekwencji walk pasowało to wręcz idealnie. Czuć, że filmowy budżet jest ciut większy od serialowego, a pieniążki zostały dobrze wykorzystane.

fot. IMBD / Disney+

Żeby nie było tak kolorowo, muszę wrzucić kilka kamyczków do tego gwiezdnego ogródka. Po pierwsze: plot armor Mando momentami aż kłuł w oczy. Jasne, koleś to twardziel, ale roznoszenie potężnych jednostek i wielkiego potwora bliźniaków Huttów jakby nigdy nic było lekką przesadą. Mówiąc o plot armorze, nie można zapomnieć o scenie ze statkiem z końcówki filmu. Zawieszenie niewiary trzeba było ustawić na maksimum, żeby uwierzyć, że potężne działa nie potrafią trafić pojazdu lecącego na nie prosto jak po sznurku.

No i środek filmu… Środek osadzony w lesie strasznie przeciągnięto. Choć fabularnie fajnie wykorzystano ten czas na budowanie przydatności Grogu, to tempo siadło tak potężnie, że od pewnego momentu musiałem ostro walczyć ze snem. Na koniec lekki zgrzyt polityczny: Nowa Republika i jej strategiczne decyzje logicznie mocno kulały. Scenarzyści posłużyli się tu logiką, która trochę przeczy idei Republiki, przez co przez moment byli zbyt mocno upodobnieni do Imperium z czasów jego świetności. To też moment, który skłonił mnie do zastanowienia, czy stawka historii była na rozmach filmu. No… niekoniecznie, to dalej ramy serialowe, co nie znaczy, że w odbiorze wpłynęło to na moją rozrywkę – wręcz przeciwnie!

Dziękujemy Helios za zaproszenie. Sieć kin nie miała wpływu na opinię i tekst.