TO: Witajcie w Derry (Opinia bezspoilerowa)
Pennywise to jedno z moich trzech ulubionych popkulturowych straszydeł. „Polubiłem” go dzięki świetnej, choć wymagającej powieści Stephena Kinga oraz udanym adaptacjom filmowym. Ten klaun ma w sobie coś magnetycznego, a Bill Skarsgård potrafi wydobyć to w stu procentach i udowadnia to raz jeszcze w serialu, a nawet podnosi poprzeczkę względem filmów. Do produkcji podchodziłem z lekką obawą, bo grzebanie w przeszłości kultowych ikon horroru zawsze wiąże się z ryzykiem. Tymczasem to, co zobaczyłem, naprawdę mnie kupiło!
I właśnie od tego „grzebania w przeszłości” warto zacząć. Akcja „TO: Witajcie w Derry” rozgrywa się w latach 60. i ma odpowiedzieć na kilka fundamentalnych pytań: kim jest Pennywise i skąd się wziął? Produkcja cofa się do początków historii morderczego klauna i, za sprawą grupy dzieci (potencjalnych ofiar demona) odsłania jego tajemnice krok po kroku, ofiara po ofierze. Pod tym względem to naprawdę solidna realizacja, która z dużym szacunkiem podchodzi do twórczości Stephena Kinga. Serial nie miesza w ustanowionych wcześniej faktach, a jednocześnie wnosi do uniwersum wiele nowych, wartościowych informacji, budując fundamenty historii Pennywise’a na skalę, jakiej wcześniej nie znaliśmy. Do końca sezonu poznajemy kluczowe elementy mitologii klauna, które bardzo dobrze zazębiają się zarówno z filmami, jak i książką. Twórcy pokazują m.in. losy człowieka, w jaki sposób i dlaczego demon przybrał klaunią postać. Znane z filmów postacie pojawiają się w odmłodzonych wersjach i nie jest to wyłącznie fanserwisowe mrugnięcie okiem, lecz pełnoprawny zabieg fabularny, który spaja całą historię i nadaje jej dodatkowego ciężaru emocjonalnego, zwłaszcza gdy wchodzimy w „rodzinne” korzenie Pennywise’a, jeśli można to tak nazwać.

Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość… Serial liczy osiem odcinków i twórcy absolutnie nigdzie się nie spieszą. Pierwsze epizody niemal nie dotykają bezpośrednio tajemnicy Pennywise’a, co dla widzów znających klauna głównie z filmów może być rozczarowujące – na jego ikoniczny wizerunek trzeba poczekać (choć demon jest obecny od samego początku, pamiętajmy o jego zdolności zmiany form). Nie jest to jednak czas stracony. Wręcz przeciwnie! Początkowe odcinki solidnie budują fabułę, intrygę i pokazują Derry od zupełnie nowej strony, dzięki czemu otrzymujemy pełnoprawną, rozbudowaną opowieść, a nie skrótowe podejście do tematu. Mówiąc o „głównej fabule”, mam na myśli zarówno wątek obecności wojska ingerującego w działalność klauna, jak i bohaterów próbujących powstrzymać Pennywise’a oraz uratować ojca Ronnie. Wątek dzieciaków wypada bardzo dobrze. Postacie są wyraźnie zarysowane, podobnie jak bohaterowie dorośli, dzięki czemu łatwo się z nimi związać emocjonalnie. Co więcej, serial od początku jasno pokazuje, że nawet główna obsada nie jest bezpieczna. Gdy uświadamiamy sobie, że nikt nie ma tu „plot armoru”, napięcie towarzyszy praktycznie każdemu odcinkowi, a straszaków zdecydowanie nie brakuje.
Mam natomiast spory problem z wątkiem wojskowym… Od samego początku podchodziłem do niego ostrożnie, bo Pennywise to jednak zagrożenie lokalne, ściśle związane z Derry. Wprowadzenie amerykańskiego wojska z argumentacją w stylu „potrzebujemy broni na Rosjan” niepotrzebnie eskaluje konflikt do skali globalnej. Taki zabieg odbiera klaunowi część jego unikalności. Niestety, w ostatnich odcinkach sytuacja tylko się pogarsza. Ujawniona prawdziwa motywacja wojska jest logicznie pokrętna i po finale pozostaje wrażenie, że wszyscy nagle cierpią na zbiorową amnezję, a cała sprawa zostaje sprowadzona wyłącznie do głównej postaci. Motywacje, szczególnie w kontekście argumentacji Francisa, są zwyczajnie niewiarygodne. Skoro już mowa o fabularnych problemach, nie sposób pominąć faktu, że serial stawia też kilka intrygujących pytań np. dlaczego mieszkańcy Derry zachowują się tak, jakby wszyscy mieli „kija w tyłkach”. Niestety, produkcja nie daje na to jednoznacznych odpowiedzi. Owszem, pojawiają się pewne poszlaki, ale nic nie zostaje jasno dopowiedziane. Szkoda, bo w tych aspektach mam poczucie, że serial zwyczajnie „nie dowiózł”.

Nie spodziewałem się natomiast, że serialowy horror może osiągnąć tak wysoki poziom grozy, WOW! Bez przesady można stwierdzić, że produkcja nie tylko dorównuje filmom, ale momentami wręcz je przewyższa. Jest tu mnóstwo mocnych scen, kreatywne podejście do straszaków i pełne odhamowanie, gdy historia nabiera tempa. Efektem są potężnie obrzydliwe maszkary, które potrafią śnić się po nocach (najmocniejsza scena z udziałem ciężarnej kobiety zostaje w pamięci na długo), a krwawe sekwencje przybierają momentami formę prawdziwych fontann. Na duży plus działa również fakt, że bohaterowie nie są chronieni fabularną tarczą. Już pierwszy odcinek pokazuje, że nie ma tu taryfy ulgowej, dlatego lepiej ostrożnie przywiązywać się do postaci, co boleśnie odczułem w siódmym odcinku. Oczywiście głównymi bohaterami są dzieci, więc podobnie jak w „To” czy nawet w „Stranger Things” pojawiają się momentami naciągane zwroty akcji, w których młodzi bohaterowie wychodzą zwycięsko. Ale czy nie za to połączenie naiwności i autentycznej grozy kochamy takie historie?
Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić, to do nierównego poziomu CGI. Większość scen grozy oparto na fizycznych makietach i charakteryzacji, co potwierdzają materiały zza kulis, jednak nałożone efekty specjalne sprawiają, że część z nich wypada sztucznie (jak choćby postać wysokiego, starego mężczyzny z drugiego odcinka). Te słabsze momenty są widoczne, ale dla mnie miały raczej urok starej szkoły horroru z lat 70. i 80., niż stanowiły powód do ostrej krytyki. Tym bardziej że filmowe „To” miało bardzo podobne problemy.

Na koniec ogromne brawa dla obsady, zarówno dorosłej, jak i dziecięcej! Wśród dorosłych wyróżniają się Jovan Adepo jako Leroy oraz Taylour Paige jako Charlotte, którzy świetnie oddają zdeterminowanych, pełnych charakteru rodziców, równie przekonujących w scenach emocjonalnych, jak i tych bardziej dynamicznych. Podobne wrażenie zrobił na mnie Chris Chalk w roli Dicka czyli postaci przechodzącej od sztywnego służbisty do wewnętrznie rozchwianego medium, pełnego tłumionych emocji i problemów. No i oczywiście Bill Skarsgård jako Pennywise. Aktor jest w tej roli absolutnie niezastąpiony, a dzięki większej ilości czasu ekranowego mógł w serialu w pełni rozwinąć skrzydła. Zabawa konwencją, niuansowanie postaci i pokazanie jej bardziej „ludzkiej” twarzy w retrospekcjach sprawiają, że jego występ stoi o kilka poziomów wyżej niż w filmach. Świetnie wypada także młodsza obsada: Matilda Lawler (Marge), Amanda Christine (Ronnie), Clara Stack (Lilly), Blake Cameron (Will) oraz Arian Cartaya (Rich). Mimo młodego wieku pokazali ogromny potencjał aktorski, potrafiąc zagrać zarówno lekko i niewinnie, jak i na bardzo ciężkich emocjach. Ich relacje są autentyczne i urocze, a przywiązanie, jakie między nimi powstaje, sprawia, że dwa ostatnie odcinki potrafią naprawdę ścisnąć za gardło (w pewnym momencie byłem bliski uronienia łzy).
Dziękujemy HBO MAX za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


