Kompania Braci (Opinia bezspoilerowa)
Dla wielu mogę okazać się „internet explorerem”, bo dopiero teraz obejrzałem „Kompanię braci„… Akurat w momencie, kiedy serial obchodził dwudziestopięciolecie! Ale cieszę się, że zrobiłem to dopiero teraz. Jestem przekonany, że wcześniej nie byłbym w stanie odpowiednio spojrzeć na ten serial i dostrzec elementów, dzięki którym jest to jeden z nie tyle najlepszych, co najważniejszych seriali w historii!
„Kompania braci” pokazuje losy kompanii E podczas drugiej wojny światowej, od momentu jej formowania aż do zakończenia wojny. Towarzyszymy im na każdym kroku. To serial oparty na prawdziwych wydarzeniach, o czym najlepiej świadczą wypowiedzi prawdziwych żołnierzy z tej kompanii, pojawiające się na początku każdego odcinka – świetny zabieg, który nie tylko odpowiednio nastraja przed oglądaniem, ale buduje autentyczność oraz emocjonalną więź (momentami wywołuje ciarki), kiedy żołnierze dzielą się osobistymi uczuciami czy myślami towarzyszącymi im w tamtych momentach (głównie lękiem przeplatanym wątpliwościami, bez światełka nadziei w ich sytuacji).

Serial jest surowym pokazaniem wojny taką, jaka była w rzeczywistości: bez wybielania, faworyzowania czy wplatania osobistych poglądów, tylko obiektywnym obrazem, w którym szala zwycięstwa potrafiła się drastycznie przechylać. Bardzo doceniam, że twórcy zrezygnowali z klasycznego, pojedynczego bohatera na rzecz całej kompanii jako bohatera zbiorowego (z lekkim przymrużeniem oka, w centrum uwagi pozostaje major Winters świetnie zagrany przez Damiana Lewisa). Dzięki temu udało się uniknąć stereotypowego, hollywoodzkiego ujęcia wojny, a serial zyskał przestrzeń, żeby pokazać psychologiczną głębię: przemianę wesołych chłopaków w żołnierzy okaleczonych psychicznie, balansując przy tym między bohaterstwem, bezsensem wojny i załamaniem nerwowym, bez fetyszyzowania przemocy. Historia jest pełna gorzkich momentów, do których ekipa podchodziła odważnie, żeby pokazać je z pełnym szacunkiem, ale i odpowiednim bagażem doświadczeń m.in. brak nadziei zwykłych mieszkańców terenów objętych wojną wybrzmiewa dokładnie tak, jak powinien, a kiedy żołnierze zostawali skazani sami na siebie, potrafiło to wybrzmieć nawet samą chwilą milczenia budującej napięcie na kilku frontach (od niepewności o własne życie, po tęsknotę za bliskimi – wybrzmiewającej, bo poza walką, kiedy jesteśmy z żołnierzami „na spokojnie” to wplatane są pomniejsze wątki obyczajowe, które są niezbędne dla autentyczności postaci). To wszystko i tak niewiele znaczy przy dziewiątym odcinku, pokazującym obozy pracy… najmocniejszym odcinku serialu, przy którym ślina stawała mi w gardle, bo twórcy mieli odwagę pokazać mocne sceny stosów ciał i innego okrucieństwa…
Serial nie siłuje się na opowiadanie historii czy próbę jej oceniania. Twórcy są świadomi, że każdy z nas zna ją ze szkoły i raczej nikt nie ma wątpliwości, że to nie jest temat do luźnych interpretacji czy eksperymentów. Byłem usatysfakcjonowany, o ile to odpowiednie słowo, że twórcy wiernie podeszli do przebiegu wydarzeń i ukazali je w odpowiednich barwach, co miało też przełożenie na bohaterów, z którymi serial często się żegnał albo dawał im zwroty akcji wykluczające ich ze służby na stałe. Nie brakuje scen, kiedy bohaterowie prowadzą dialog na froncie, a postać, z którą jesteśmy już od kilku odcinków, nie wiadomo skąd dostaje kulkę w głowę i przechodzi to bez echa, chwili upamiętnienia, bo nie ma na to czasu w wirze ognia walki. Tak samo jak nie brakuje scen z poważnymi ranami czy urwanymi kończynami. Wszystko pokazano na tyle wiernie, z odpowiednim rozmachem scen akcji uzyskanym prostym zabiegom, podkręcającym immersję czasów m.in. kręcona z ręki kamera batalistyczna, a przede wszystkim desant w Normandii, dają widzowi poczucie realnego uczestnictwa w wydarzeniach, bez typowych klisz filmów wojennych (czułem się, jakbym naprawdę tam był). Nie mam pojęcia, jak twórcom udało się osiągnąć taki efekt, bo to nie wyglądało jak serial, tylko jak prawdziwe materiały, a przy takiej skali batalistycznej wcale nie było to łatwe do osiągnięcia. Zadbano dosłownie o wszystko, żeby obraz był prawdziwy – od kostiumów, przez udźwiękowienie, aż po cały plener złożony ze skali zniszczeń i brudnego obrazu: postrzępione mury, brudne twarze, wszystko na każdym kroku. Jest tu taka dbałość o detal, że widać nawet stan poszczególnych elementów wyposażenia czy problemy typowe dla tamtego okresu, jak zacinająca się broń w kluczowych momentach (nie zapominając od wybuchach z odpowiednim impetem czy sile ognia z karabinów). Świetnie współgrało to z aktorami, którzy potrafili wejść w skórę swoich postaci, poczuć klimat i odtworzyć go całym sobą. Szczególnie zapadły mi w pamięć emocje malujące się na ich twarzach podczas pierwszego skoku spadochronowego oraz w odcinku zimowym, gdzie musieli spędzić kilkadziesiąt dni w surowych temperaturach bez odpowiedniego umundurowania (ich reakcje… szczękające zęby, trzęsące się całe ciało… dawały jeszcze mocniejszy, bardziej prawdziwy wydźwięk temu fatalnemu położeniu). Celowo nie wymieniam tu nazwisk, bo gdybym chciał podejść do tego konsekwentnie, musiałbym wypisać każdego aktora z osobna – WSZYSCY ODWALILI TU KAWAŁ PORZĄDNEJ ROBOTY!

Nie brakuje też twórcom pomysłów na dodatkową zawartość. Pomiędzy akcjami jest sporo rozmów bohaterów czy spojrzeń na różne obszary całej infrastruktury wojskowej. Było to potrzebne, żeby jeszcze lepiej oddać wojenne realia, zbudować więź z bohaterami i przekazać coś wartościowego historycznie o tamtych czasach, a postacie, nawet te na dalszym planie, nie były zwykłymi pionkami. Nawet jeśli poszczególne dialogi nie były w stu procentach wyjęte z prawdziwej historii, to świetnie odnajdywały się w danym klimacie i nie pozostawiały wątpliwości, że twórcy odrobili pracę domową. To też był dobry pretekst do pokazania mniejszych wątków, dzięki którym nabierało się innej perspektywy na postacie np. dowódcę granego przez Rossa z „Przyjaciół”, którego przez dobrą część serialu nienawidziło się całym serduchem, aż po życie w koszarach i zżywanie się z resztą bohaterów.
Wisienką na torcie jest dla mnie sama forma realizacji tej historii. Obraz jest wybielony pod względem tonacji kolorystycznej, a kamera często się trzęsie, co stwarza wrażenie, jakby było to nagrywane w tamtych czasach (lub uczestniczyło z boku). Dodatkowego wrażenia dodaje miejscami wyczuwalny brak profesjonalnego „grania”, co paradoksalnie tylko zwiększa naturalność produkcji. Szczególnie dobrze sprawdza się to w scenach wojennych, gdzie nie tylko uchwycono rozmach akcji i skalę zniszczeń, ale i emocje postaci, pokazywane bliskimi najazdami kamery na twarze łapiące desperację czy inne uczucia. Jeżeli kiedykolwiek graliście w „Call of Duty”, „Medal of Honor” lub „Battlefield” rozgrywające się w czasach wojennych, to sceny akcji będą dla Was wierną ekranizacją pod tym kątem (myślę, że to najlepsze porównanie do skali w jaki sposób twórcy odtworzyli wojnę).
Dziękujemy HBO MAX za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Zalety serialu „Kompania Braci”
- Niezwykły realizm i autentyczność
- Surowy, obiektywny obraz wojny
- Udana koncepcja bohatera zbiorowego
- Wybitna, immersyjna realizacja scen batalistycznych
- Niezwykła dbałość o detale historyczne
- Genialne, naturalne aktorstwo całej obsady
- Wstrząsający i bezkompromisowy przekaz
- Dopracowany drugi plan i wątki obyczajowe
Wady serialu „Kompania Braci”
- Wadą jest… ich brak?

