Recenzje serialiWspółpraca

Naruto: Rozdział 4 (Opinia spoilerowa)

Kolejny rozdział „Naruto” za nami! Rozdział, który na tle wcześniejszych wzbudził we mnie najmniej emocji, ale z drugiej strony wniósł wiele rozwojowych elementów. Dlaczego?

Pierwsza część sezonu koncentruje się na treningu Naruto pod okiem Jiraiyi oraz poszukiwaniu Tsunade, która miała zostać kolejnym Hokage. Rozdział przebiegał w zupełnie nowej lokalizacji, a jego najmocniejszą stroną jest zdecydowanie trening Naruto, który nie kończy się w jednym odcinku – jest to długofalowy etap składający się z kilku czynności, z których każda dodaje Naruto krzepy. Krok po kroku widać, jak pod tą nieogarniętą, chaotyczną czupryną szykuje się ninja z prawdziwego zdarzenia. Choć rezultat jest oczywisty, ważniejsza jest sama przemiana, a ta ma nie tylko wyraz fizyczny, ale i symboliczny, choćby ze względu na jego więź z Jiraiyą (w otoczeniu Naruto pojawił się w końcu ktoś bliski). Historia wprowadza także fajne postacie do świata Naruto, jak Itachi wraz z całą konwencją Akatsuki, co drastycznie podnosi powagę sytuacji i wprowadza wątki rozwojowe dla całej serii, ale też silnych graczy wykraczających poza tradycyjne techniki. A te już teraz powodowały opad szczęki i dawały wrażenie, że stara gwardia mocno odstaje na tle nowego pokolenia. Oczywiście nie zapominajmy o samej Tsunade, która jest mocno kontrowersyjną postacią ze względu na swoją lekkość życia, ale fajnie zmienia się w sezonie, będąc postawioną pod ścianą i przed trudnym wyborem – tu wchodzi na scenę cała lista retrospekcji i gadek motywacyjnych, które choć oklepane, wnoszą dużo emocji i obyczajówki, dzięki którym momentalnie łapie się kontakt i więź z postacią (tak samo z Shizune, która co prawda TYLKO jest w serii, ale nawet mniejszymi scenami potrafi zaistnieć, żeby mieć o niej JAKIEŚ zdanie). Podobne odczucia miałem w stosunku do Jiraiyi, którego choć najprędzej zapamiętuje się jako starego zboczeńca, to jednak ma urywkowe sceny, dzięki którym widać, że to tylko towarzyska maska, a pod nią kryje się ogarnięty człowiek, którego legenda nie jest bajeczką.

Jednak pierwsza część jest zbyt mocno przeciągnięta w czasie. Trening, jak i cała afera z Tsunade, ciągnie się dość mozolnym tempem, a wszelkie odskocznie w postaci podrywów Jiraiyi czy smutasów Tsunade dają niekiedy wrażenie, że akcja stoi w miejscu, mimo iż posuwa się do przodu. Niepotrzebnie wprowadzono również zbyt dużo dialogów do scen akcji, które same w sobie były niezłe – jak choćby pojedynek trójcy, gdzie pojawiły się gigantyczne zwierzęta oraz mocno skomplikowane techniki połączone z kreatywnym wykorzystaniem okoliczności i otoczenia, by robić wrażenie. Starcie wielkiej trójcy jest wręcz tak naładowane dialogami, że początkowy etap po prostu usypia; podobnie było z konfrontacją z Itachim. No i nie zapominajmy o dość nieuzasadnionym fragmentami zachowaniu postaci: chwilę wcześniej Akatsuki poluje na Naruto, Jiraiya staje w jego obronie, po czym chwilę później Naruto cały dzień sam trenuje na uboczu, podczas gdy Jiraiya prowadzi śledztwo „na swój sposób” – mocno trzeba zawiesić niewiarę, że nie mogli uprowadzić chłopaka w tym czasie.

Druga część rozdziału ostudziła moje emocje. Dostaliśmy filler w postaci wyścigu, w którym Naruto, Sasuke i Sakura musieli chronić ścigającego się zawodnika. Sama w sobie historia nieźle zaprezentowała się pod kątem opowiedzenia osobistej historii związanej z trzecioplanową postacią wprowadzoną podczas egzaminu na chunina – wręcz szokując tym, jak bezwzględni i z dziwnych powodów szorstcy potrafią być ninja dla swoich bliskich. Z drugiej strony sam wyścig był najmniej atrakcyjną częścią, wliczając w to występ ninja z sąsiedniej wioski, którego unikalne techniki nie były szczególnym wyzwaniem, a nasi genini strasznie się z nim męczyli. Nie było to przekonujące, zwłaszcza na tym etapie, kiedy Naruto opanował Rasengana, a Sasuke Chidori.

Dziękujemy Canal+ za dostep. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.