Moje przygody z Supermanem: Sezon 3 (Opinia spoilerowa)
No i za nami trzeci sezon „Moich przygód z Supermanem”! Sezon dostarczył emocji, akcji, porządnie rozwinął świat, ale całościowo nie podobał mi się tak bardzo, jak poprzednie.
Pierwsza część sezonu była bardzo dobra. Twórcy obrali jasny, sensowny kierunek dla postaci i prostymi, ale skutecznymi metodami pokazali, że ruszyli z miejsca po poprzednich wydarzeniach – a to Supergirl buduje swoją pozycję, a to Olsen rozwija apkę randkową, z kolei Supermanowi rodzina w głowie. Każdy kierunek był najsensowniejszą drogą dla danego bohatera i przyjemnie się to oglądało ze względu na mieszankę gatunkową wyważoną w odpowiednich proporcjach: od dojrzalszego podejścia Clarka, przez szczyptę emocji wynikających z niedojrzałości Lois, aż po pozytywne szaleństwo wylewające się z życia towarzyskiego Olsena (komiksowe lata 80. na pełnej).
Ta część dobrze sprawdziła się jako podbudowa pod zagrożenia i motywy. Twórcy obrali autorskie podejście do adaptacji „Reign of the Supermen”, aby dać coś własnego i dobrze wpisanego w wykreowany świat, bez konieczności drastycznych zmian w życiu bohaterów. W ten sposób otrzymaliśmy jedno z lepiej podbudowanych zagrożeń w postaci Cyborg Supermana, przy którym aż roznosiło z napięcia, a także przesympatycznego Superboya – to zdecydowanie najmocniejszy element sezonu. Dobrze wykorzystano inspiracje „X-Men” czy „Dragon Ballem”, aby apokaliptycznymi treściami z przyszłości nadać zagrożeniu więcej dramaturgii oraz zasiać w postaciach nowe emocje czy wartości, np. wątpliwości lub poczucie rodziny.

Przebieg walki z Cyborg Supermanem był dobrze poprowadzony do samego końca, a jego rezultaty zaskakujące. Tu trzeba oddać twórcom, że dobrze wygospodarowali czas, żeby nie spieszyć się z niczym, tylko dać postaciom pożyć w nowej rzeczywistości np. Clark dostał dużo czasu i miejsca na oswojenie się z nową sytuacją. No i po chwili czar pryska.
Kolejne pojawienie się Superboya zapowiadało się dobrze, a finalnie wyszło masło maślane: twórcy nie odnieśli się do wątku z przyszłości, w którym został poprzedni Superboy; przebieg akcji był identyczny jak w pierwszym sezonie; większość postaci działała na zasadzie „są, więc muszą być”. W drugiej połowie zmienił się wyłącznie charakter Superboya, a cała akcja wydawała się tworzona na zasadzie „musi być bardziej” i właściwie było, ale w finalnej konfrontacji, która tak bardzo była rodem z „Dragon Balla”, że straciłem zainteresowanie, gdy zaczęli się „odpalać”. To spowodowało, że nawet upgrade Supermana nie był tak wyczuwalny, a obecność postaci takich jak siostra Superboya była całkowicie zbędna, bo nic sobą nie wniosła (nie zapominając o Amandzie, Sladezie, a nawet przy Luthorze bym podyskutował).

Tą część sezonu uratowały dla mnie treści Kryptońskie. Wejście w ich dzieje nadało zupełnie innego wydźwięku wydarzeniom z drugiego sezonu. Wręcz pojawiło się tu drugie dno, po którym motywacje Brainiaca są zupełnie inaczej odbierane, podobnie podejście Kryptończyków (podoba mi się robienie z nich skurczybyków w adaptacjach). Nowe, stare treści idealnie współgrają z historią opowiadaną od pierwszego sezonu, dzięki czemu sama postać Supermana mocniej zyskuje swoim idealistycznym podejściem. Zdecydowanie było to pełnowartościowe zrewanżowanie leniwym podejściem do kolejnego zagrożenia, (nie)wykorzystania potencjału Bizarro czy fatalne prowadzenie Luthora.
Uważam, że sezonowi wyszłoby na dobre skrócenie liczby odcinków. Może zakończenie go na powrocie pierwszego Superboya byłoby lepszym rozwiązaniem? Ewentualnie pociągnięcie akcji jeszcze przez 2–3 odcinki i rozwiązanie kwestii mocy Supermana w kolejnym sezonie? No, nie zagrał mi ten sezon w pełni, ale i tak dobrze się bawiłem.
Dziękujemy HBO MAX za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

