Recenzje serialiWspółpraca

Mildred Pierce (Opinia bezspoilerowa)

Jeśli podobała Wam się rola Kate Winslet w „Mare z Easttown” koniecznie musicie sprawdzić „Mildred Pierce” z 2011 roku, który znajdziecie też na HBO MAX. Nie z powodu podobieństw fabularnych a świetnej gry aktorskiej. Kate nawet w miniserialach mimo krótkiej formy – daje z siebie wszystko. Historia Mildred w którą się wciela jest jednocześnie opowieścią skoncentrowaną na konkretnej bohaterce i wycinku jej życia, ale jednocześnie zrealizowana z filmowym rozmachem.

fot. HBO MAX

Fabuła koncentruje się na Mildred, samotnej matce, która po rozpadzie małżeństwa próbuje zbudować stabilne życie dla siebie i swoich córek. Jednak zamiast prostej drogi do sukcesu dzięki jej determinacji, serial bardzo szybko pokazuje, że każdy krok naprzód wiąże się z nowym kosztem. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się klasycznym dramatem kostiumowym o kobiecie próbującej przetrwać w trudnych realiach Wielkiego Kryzysu, w rzeczywistości jest znacznie bardziej chłodną, precyzyjnie napisaną opowieścią o ambicji, zależnościach rodzinnych i cenie niezależności. To historia o kobiecie, która nie tyle walczy o sukces, co o kontrolę nad własnym życiem w świecie, który konsekwentnie tę kontrolę jej odbiera. Praca, ambicja i niezależność nie są tu romantyzowane tylko są ciężarem, który wpływa na relacje rodzinne, szczególnie na relację ze starszą córką Vedą.

Rola Kate Winslet to moim zdaniem jedna z najlepszych w karierze. Mildred jest jednocześnie niezwykle silna i kompletnie bezradna – bardziej praktyczna i zaradna życiowo niż emocjonalna, co odbija się na jej relacjach. Gra swoją postać bardzo oszczędnie a więc wiele emocji przekazuje spojrzeniami, drobnymi zmianami tonu głosu czy momentami zawahania. Dzięki temu Mildred wydaje się bardzo ludzka. To kobieta, która potrafi zbudować biznes od zera, ale całkowicie traci kontrolę, gdy chodzi o życie rodzinne. Skupia się na zapewnieniu córkom wszystkiego co potrzebne jednocześnie będąc nieobecną matką i nie zauważając co dzieje się z Vedą. Tu muszę przyznać, że jej bohaterka irytowała mnie od początku. Zarówno Morgan Turner wcielająca się w młodszą wersję jak i później Evan Rachel Wood tak przekonująco zagrały tę postać, czyli egoistyczną i rozpieszczoną dziewczynę, że momentami nie mogłam na nie patrzeć. Wood gra z dużą intensywnością, ale bez przesady, nie jest karykaturalna. Jej chłód, wyrachowanie i dystans są bardziej niepokojące niż jakiekolwiek wybuchy emocji. Za to Guy Pearce jako Monty Beragon wnosi do serialu zupełnie inny rodzaj energii. Bardziej lekki, ironiczny, ale też niejednoznaczny. Jego postać balansuje między urokiem a emocjonalną pustką. Chce się mu zaufać, ale jednocześnie wzbudza niepokój. Monty reprezentuje świat, do którego aspirują zarówno Mildred, jak i Veda — elegancję, luksus, wyższe sfery. Problem w tym, że ten świat nie jest tak piękny jak może się wydawać…

fot. HBO MAX

Bardzo dobrze wypada też warstwa wizualna. Prezentuje się konsekwentnie i elegancko. Ta przygaszona kolorystyka, naturalne światło i spokojne ruchy kamery idealnie współgrają z emocjonalnym chłodem historii. Serial nie próbuje robić z lat 30. romantycznej pocztówki. Świat wygląda realistycznie, momentami wręcz surowo. Podobnie jest z tempem narracji. Niespieszne, pozwala scenom „oddychać”, co buduje napięcie, ale jednocześnie wymaga cierpliwości. Skupiamy się też bardziej na konsekwencjach decyzji niż na samych wydarzeniach choć serial daje możliwość przyjrzeć się ich życiu na przestrzeni lat. Ten spokojny rytm pozwala obserwować, jak relacje między bohaterami stopniowo się rozpadają. Serial nie próbuje udawać, że wszystko kończy się szczęśliwie. To bardziej gorzka akceptacja rzeczywistości. Mildred przez cały czas uciekała od zwyczajności, natomiast po różnych przejściach, w tym bolesnej stracie i szokujących decyzjach Vedy, próbuje poskładać życie na nowo jeszcze raz. Nie mam co prawda porównania z filmem z 1945 roku na którym miniserial bazuje, ale choć to historia która zostaje w głowie na dłużej, nie jestem pewna czy udźwignę zapoznanie się z oryginałem.

Dziękujemy HBO MAX za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię.