Berlin i Dama z gronostajem (Opinia spoilerowa)
„Berlin i Dama z gronostajem” to 2 sezon serialu gdzie głównym bohaterem jest Andrés de Fonollosa „Berlin”. Serial jest spin-offem hitowego serialu „Dom z papieru”. Bardzo czekałam na najnowszy sezon, który ukazuje dawne przygody jednej z najciekawszych postaci z „LCDP”. Niestety najnowsza majowa nowość Netflixa bardzo mnie rozczarowała. Zapraszam na krótką spoilerową recenzję.

Akcja najnowszego serialu z uniwersum „Domu z papieru” przenosi się z Paryża do słonecznej Sewilli. Andrés de Fonollosa po raz kolejny gromadzi swój niezastąpiony zespół aby dokonać skoku stulecia. Niestety przy polskim „Vinci” Juliusza Machulskiego „Berlin i Dama z gronostajem” wypada blado. Wam też od razu ten film przyszedł na myśl, gdy usłyszeliście jaki obraz ekipa Berlina ma ukraść? Jedne z dwóch pocieszeń jakie znalazłam w tym serialu to sceny gdy bohaterzy wspominali, że obraz Leonarda Da Vinci wisi w krakowskim Muzeum Czartoryskich. Zawsze miło się robi na sercu, gdy w zagranicznych serialach słyszy się wzmianki o czymś co związane jest z naszą ojczyzną. Drugim i najważniejszym powodem, dla którego w ogóle dokończyłam ten serial, jest główny bohater. Pedro Alonso to jeden z tych aktorów, którzy urodzili się do tej konkretnej roli. Aktor na ekranie wykreował postać niezwykle czarującą, inteligentną i przebiegłą, która bezgranicznie kocha sztukę i kobiety. Szczególnie kobiety 🙂 Jego zachowanie, nienaganna dykcja i ten charakterystyczny, uwodzicielski uśmiech sprawiły, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Alonso perfekcyjnie balansuje między bezwzględnością, którą nie raz widzieliśmy na ekranie a niesamowitą wrażliwością, przez co jego bohater jest postacią złożoną. Niemniej jednak zjednuje sobie sympatię widza. Berlin jest niezwykle elegancki dzięki czemu hipnotyzuje widza.
Chciałam znaleźć więcej pozytywów, ale ciężko tutaj o cokolwiek więcej. Berlin jest czarujący, jego ekipa to w miarę fajne postacie, ale ich nowy zleceniodawca to podręcznikowy przykład naiwnego błaźna i jedna z najgłupszych postaci, jakie widziałam w ostatnim czasie na ekranie. Ma w sobie naiwność Michaela Scotta z „The Office”, gdy ten wierzy nigeryjskiemu księciu, połączoną z instynktem samozachowawczym ofiar z klasycznych horrorów, które same wchodzą do ciemnej piwnicy. Trzeba mieć mózg wielkości zapałki, żeby zaprosić legendarnego speca od włamów do miejsca, w którym trzyma się niezliczoną ilość gotówki. Jego zachowanie po napadzie to już zupełny popis bezmyślności. Przypomina ochroniarzy z „Gotham City”, którzy po ucieczce Jokera z Arkham po prostu gaszą światło i idą spać. Książę wynajął mistrzów w swoim fachu i po pięknym włamaniu do jego galerii nie ulepszył systemu alarmowego. Nie przyszło mu też do głowy, aby obstawić skradzione, bezcenne dzieła sztuki większą liczbą strażników. Bardzo ubolewam, że w serialu „Berlin i Dama z gronostajem” sama akcja rabunku trwała zaledwie kilkanaście minut ostatniego odcinka. Twórcy skupili się głównie na miłosnych trójkątach, w które uwikłano wszystkich bohaterów. W efekcie otrzymaliśmy serial dalece odbiegający od głównej serii.

Pamiętam, jak ogromnie byłam zafascynowana dwoma pierwszymi sezonami „Domu z papieru”. Tam genialnie zaplanowany skok na hiszpańską Mennicę Narodową stanowił absolutne serce opowieści, a każdy odcinek trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Profesor i jego ekipa prowadzili fascynującą i psychologiczną grę z policją, drukując miliony euro pod nosem antyterrorystów i odliczając czas do ucieczki. Tamte relacje i romanse, choć obecne, rodziły się naturalnie w cieniu gigantycznego stresu, izolacji i walki o przetrwanie, co tylko potęgowało dramatyzm. Wszystko kręciło się wokół realizacji planu, a widz z zapartym tchem śledził genialne riposty Profesora na każdy ruch inspektor Murillo.
Podsumowując. Dla mnie, podkreślam, dla mnie „Berlin i Dama z gronostajem” niestety ma więcej minusów niż plusów. Strasznie żałuję, że zrobiła się z tego telenowela z elementami akcyjnymi niż oszałamiający serial, który dostaliśmy od Netflixa w 2017 roku („Dom z papieru”). Pomimo tak dużego zawodu jakim była dla mnie ta tegoroczna nowość to dla aktora grającego Berlina jestem gotowa usiąść do kolejnego sezonu. Jeśli drogi czytelniku spodziewasz się poziomu z dwóch pierwszych sezonów „LCDP” to nie jest serial dla ciebie. Jeśli zaś Berlin to twoja ulubiona postać i jesteś ciekawy/ciekawa jak wyglądało jego życie przed sławnym skokiem to zapraszam do seansu.
Dziękujemy platformie Netflix za dostęp do odcinków. Platforma nie miała wpływu na treść tekstu.

