Proud (Opinia bezspoilerowa)
„Proud” to chyba najhuczniej zapowiadany serial ostatnich miesięcy. Produkcja odnosiła sukcesy na festiwalach na długo przed oficjalną premierą, więc siłą rzeczy oczekiwania były ogromne. W końcu nie byle jaki tytuł zgarnia takie wyróżnienia z marszu. Niezmiernie cieszę się, że serial nie tylko sprostał moim wymaganiom, ale wręcz bezlitośnie je przeskoczył!
Sama historia może nie brzmi superodkrywczo. Ot, poznajemy Filipa, chłopaka, któremu w głowie tylko beztroskie życie usłane miłosnymi uniesieniami. Nagle jednak spada na niego życiowa bomba: musi zaopiekować się malutką córką swojej siostry, która zmarła wskutek pewnych wydarzeń. W tym momencie świat Filipa wywraca się o 180 stopni i to dosłownie w każdej sferze. Musi zupełnie inaczej podejść do pracy, przemeblować priorytety w życiu uczuciowym i na nowo posklejać relacje z bliskimi. To opowieść mocno wzięta z życia, a jej autentyczność to absolutnie najmocniejsza karta przetargowa.

I nie bez powodu używam tego słowa, bo twórcy razem z obsadą zadbali o to, by realistyczny ton wybrzmiewał na każdej płaszczyźnie. Od pierwszego odcinka wchodzimy głęboko w świat bohatera i poznajemy go na wylot. Nie ma tu ściemy, wiemy doskonale, z kim mamy do czynienia, jego świat jest ukazany na wylot i to z szacunkiem dla otoczenia, a sceny zbliżeń, które są odważne, są pokazane ze smakiem i zmysłem, który potrafi rozgrzać za ekranem. I tym mocniej uderza nas moment, w którym Filip musi zderzyć się ze ścianą prawdziwego, dorosłego życia. Bagaż doświadczeń, jaki na niego spada, jest tak ciężki, że wręcz przytłacza przez ekran. Dzięki temu ta historia nikogo nie pozostawi obojętnym. Razem z Filipem przeżywałem jego sukcesy, porażki i chwile totalnego zwątpienia.
Jako młodego rodzica, sceny z udziałem najmłodszej obsady wycisnęły mnie momentami jak mokry ręcznik. Musiałem wręcz zatrzymać seans, żeby przetrawić decyzje głównego bohatera. To zresztą dowód na to, że serial będzie prowokował do gorących dyskusji. Postacie często działają według własnego, niedoskonałego kodeksu moralnego, szukając najprostszej deski ratunku, która nie zawsze jest krystalicznie czysta. Momentami można się wręcz podrapać po głowie i zastanowić, czy zagęszczenie nieszczęść na metr kwadratowy nie jest tu zbyt duże. Przez serial przewija się masa postaci i serio z lupą można szukać kogoś, czyje życie układa się kolorowo. Każdy niesie swój mniejszy lub większy dramat, który rezonuje z otoczeniem.
Świetnym przykładem jest sąsiadka Filipa (w tej roli genialna Maja Ostaszewska). Na początku wydaje się po prostu zgryźliwą babą, obok której nikt nie chciałby mieszkać. Jednak wystarczy kilka interakcji, by twórcy odsłonili przed nami poważniejszy problem ukryty pod tą maską. Z drugiej strony ta kumulacja dramatów w ogóle mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, podkręcała ładunek emocjonalny całej opowieści. Każdy bohater odsłania swoje słabości w idealnym momencie, dając nam wcześniej czas na zaprzyjaźnienie się z nim. Dzięki temu doskonale rozumiemy, skąd biorą się ich zachowania jak choćby u Kiki (Maria Sobocińska), która od pierwszych scen budzi ogromną sympatię, a gdy dowiadujemy się, co ją spotkało, współczujemy jej z całego serca.

Ten autentyczny i pełen emocji ton to przede wszystkim zasługa obsady. Aktorzy nie tyle stanęli na wysokości zadania, ile wycisnęli ze swoich postaci grubo ponad 100%. Ignacy Liss niesamowicie lawiruje między dawnym, elastycznym stylem życia a nowymi, dorosłymi obowiązkami. Jego przemiana jest niesamowicie przekonująca, a gdy kamera robi zbliżenie na jego twarz, z samych oczu można wyczytać całą paletę skrywanych emocji. Świetnie współgrają z nim Maria Sobocińska, Kamil Studnicki oraz Maja Ostaszewska. Każde z nich wykorzystało swoją aparycję i unikalne atuty, by tchnąć życie w te postacie i uczynić z nich pełnoprawnych bohaterów z własnymi, autonomicznymi problemami. Szczególnie kupił mnie występ Ostaszewskiej, która krok po kroku, niezwykle subtelnie oddawała syndromy osoby cierpiącej na konkretne zaburzenia, genialnie kontrastując to z jej zupełnie inną, publiczną twarzą. Nie zapominajmy też o Mateuszu Więcławku! Gość nie tyle wszedł w postać, ile wręcz idealnie stopił się z tym światem. Miałem okazję robić z nim wywiad i tylko się upewniłem, że Mateusz kapitalnie czuł tę historię. W wielu kwestiach zgadzał się z decyzjami swojego bohatera, ale nie ze wszystkimi, co zresztą genialnie i subtelnie udało mu się przemycić na ekranie.
Na koniec słowo o najmłodszej obsadzie, czyli córeczce siostry Filipa. Zawsze mam problem z ocenianiem tak małych dzieci na ekranie, bo to mega trudne zadanie, ale tutaj sama jej obecność zrobiła robotę. Jej nieprzewidywalna, niemowlęca naturalność wniosła do serialu mnóstwo spontaniczności. Każda scena z jej udziałem zyskiwała ten brakujący, organiczny element, dzięki któremu przedstawiony świat wydawał się w stu procentach prawdziwy.
Dziękujemy HBO MAX za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

