Sword of the Demon Hunter (Opinia bezspoilerowa)
Anime „Sword of the Demon Hunter” zainteresowało mnie już na etapie zwiastuna, na który natknęłam się szykując dla Was jedną z list sezonowych premier anime. Jak tylko zorientowałam się, że jest ono w ofercie ADN nie mogłam przejść obojętnie. Historia zapowiadała się na emocjonujący seans pełen walk i poświęceń. Na pierwszy rzut oka skojarzyła mi się z „Demon Slayer” ze względu na starcia z potworami i rodzeństwo jako główne postaci, ale nie miałam racji. To całkiem inna opowieść, która wypada dobrze i mimo tych drobnych podobieństw potrafi się sama wybronić.
Anime rozpoczyna się od tego, że dwoje rodzeństwa – Jinta i jego siostra Suzune będąca częściowo demonem – uciekają z domu. Trafiają pod opiekę mężczyzny imieniem Motoharu i zamieszkują w wiosce kowali gdzie ich przybrany ojciec pełni rolę strażnika księżniczki w pewnej świątyni. Razem z córką Motoharu, Shirayuki, wiodą spokojne i szczęśliwe życie. Do czasu pewnej przepowiedni i tragedii po której drogi Jinty i jego siostry się rozchodzą. Motywowany zemstą Jinta, przyjmuje podarowany mu miecz i jako Jinya wyrusza w podróż. Warto wspomnieć, że pierwszy odcinek mający w sumie 50 minut stanowi ciekawy prolog i wydarzenia mające tam miejsce, myślałam że rozegrają się na przestrzeni całego anime a stanowią wyłącznie wstęp.

Większość dalszej opowieści to poboczne historie. Pod tym kątem anime kojarzyło mi się trochę z nadnaturalnym proceduralem. Na przestrzeni odcinków Jinya otrzymuje „zlecenie” czy też prowadzi małe śledztwo stanowiące trochę osobną legendę albo opowieść grozy osadzoną w innej epoce Japonii. Niektóre z nich zamykają się w 1 odcinku, inne rozciągają na kilka. Bohater spotyka ludzi uwikłanych w tragedie związane z demonami, ale większość tych historii okazuje się bardziej dramatami psychologicznymi niż klasycznymi horrorami. Seria regularnie pokazuje, że największym źródłem zła bywają ludzkie emocje — zazdrość, samotność, gniew czy niemożność pogodzenia się ze stratą. Po każdej walce przejmuje moce pokonanej istoty. Na początku bałam się, że każde kolejne starcia będą spowalniać fabułę, a bohaterowie jakich spotkamy będą jedynie tłem w jego podróży. Częściowo tak, ale – razem z bohaterem wracamy do małej rodzinnej restauracji gdzie przywiązujemy się do prowadzącego ją właściciela i jego córki Ofu. Zaskoczyło mnie jak bardzo ostatecznie te starcia się ze sobą łączą a opowieść jest wbrew pozorom spójna. Zdarzają się też flashbacki co przybliżyło np. postać Motoharu. Dużym zaskoczeniem okazał się dla mnie rozmach historii, co podkreśla przemijanie i samotność Jinyi. Nie podobała mi się co prawda na pewnym etapie zmiana otoczenia i przeskok do współczesności, co wybiło z rytmu.
Wygląd postaci jest realistyczny, co dobrze współgra z poważniejszym tonem historii. Mimika bohaterów bywa subtelna, ale właśnie dzięki temu emocje wydają się bardziej naturalne. Nie znajdziecie tu komediowych wstawek i deformacji twarzy podkręcających humor, co uważam za plus. Fragmenty bitew są bardziej brutalne i ciężkie niż efektowne. Anime stawia na poczucie zagrożenia i desperacji, a nie na widowiskowość. Starcia często przypominają walkę o przetrwanie, a nie imponujące pojedynki. Kiedy animacja dostaje więcej przestrzeni, sceny akcji potrafią wyglądać naprawdę dobrze, szczególnie dzięki pracy kamery i muzyce, ale wizualnie jest nierówno. Niektóre odcinki wyglądają świetnie, inne wyraźnie oszczędzają na płynności animacji. Muzyka bardzo dobrze wspiera melancholijny ton całej historii. Dominują spokojniejsze, smutniejsze brzmienia, które podkreślają samotność bohaterów i poczucie przemijania. Nawet podczas większych scen akcji soundtrack nie próbuje budować triumfalnego klimatu a raczej wzmacnia poczucie tragedii i nieuchronności. Jeśli chodzi o opening i ending to podobały mi się wszystkie co nie zdarza się często!

Choć na mnie anime zrobiło bardzo dobre wrażenie niektóre odcinki wydają się przejściowe niż naprawdę istotne dla fabuły, przez co historia chwilami traci na tempie. Seria lubi długie dialogi, melancholijne sceny ciszy i refleksji, jednak nie zawsze wynagradza to spowolnienia. Dla części widzów może to być po prostu zbyt rozwleczone. Problemem bywa też nierówny balans między epizodycznymi historiami a głównym wątkiem Jinyi i Suzune. Narracja rozciąga historię na wiele epok, czasem trudno utrzymać emocjonalną ciągłość i niektóre postaci drugoplanowe znikają, zanim widz zdąży się do nich mocniej przywiązać. Czasami problemem jest też emocjonalna powściągliwość bohaterów. Seria bardzo często operuje niedopowiedzeniami i tłumionymi emocjami, co świetnie buduje melancholijny klimat, ale momentami sprawia, że postaci wydają się zbyt zdystansowane, zwłaszcza Jinya, który dźwiga przecież pewien bagaż po tragedii. Niektóre sceny aż proszą się o mocniejsze emocjonalne wybrzmienie.
Podsumowując, „Sword of the Demon Hunter” to ostatecznie melancholijne anime, które zamiast na widowiskowych walkach skupia się na emocjach, przemijaniu i tragicznej relacji Jinty z Suzune. Mimo epizodyczności łączy się w większą opowieść o samotności i utracie człowieczeństwa na przestrzeni lat i epok. Mocną stroną jest klimat, muzyka i konsekwentny, refleksyjny ton, który dobrze oddaje ciężar historii. Poleciłabym raczej tym osobom, które lubią motyw drogi i opowieści w opowieści. To nie jest drugi „Demon Slayer”, ale zdecydowanie wato obejrzeć.
Dziękujemy ADN za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i treść.

