Recenzje serialiWspółpraca

Agencja: Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)

Drugi sezon „Agencji” przeszedł u nas bez większego echa i szkoda, bo po całkiem niezłej, choć nierównej jedynce twórcy wzięli sobie uwagi do serca i podnieśli cały serial na wyższy poziom.

Nowy sezon zaczyna się dwoma operacjami rozwijającymi się na zupełnie różnych frontach. Podobnie jak w pierwszym sezonie, pewien trzon fabuły zaczyna się komplikować na tyle, że rusza dochodzenie, a wraz z jego rozwojem przybywa podejrzanych, aż trudno wskazać, gdzie faktycznie leży wina. Do tego wcześniej rozpoczęte sprawy zaczynają się ze sobą splatać i finalnie wychodzi z tego naprawdę zawiła intryga na tle wywiadowczym, politycznym, ale i relacjach między postaciami wprowadzają mnóstwo osobistych emocji. Nie chcę rozwijać tego wątku bardziej szczegółowo, bo wykładanie kolejnych kart mogłoby odebrać przyjemność z oglądania, ale powiem tak: to jest ten rodzaj serialu (a właściwie sezonu), w którym trzeba uważnie śledzić każdy odcinek, bo nawet niepozorny dialog potrafi wnieść ważny puzel układanki.

Drugi sezon jeszcze głębiej wchodzi w operacje wywiadowcze, pokazując autentyczne metody pracy agencji: wykorzystanie współczesnej technologii, szlifowanie umiejętności personalnych, mechanizmy budowania relacji z celami (i to właśnie realizm najbardziej mnie w tym serialu kupuje). Zamiast wybuchowych, kinowych scen akcji dostajemy geopolitykę, manipulację i mrówczą pracę biurową, a każdy wątek opiera się na budowaniu więzi z celami. I tu specjalne wyróżnienie dla Johna Magaro i Saury Lightfoot-Leon, któzy dają z siebie na tyle w tym sezonie (zdecydowanie więcej od pierwszego), że z pełnym przekonaniem wierzyłem w ich postacie i emocje… W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, ile w tym gry aktorskiej, a ile autentyczności. To zdecydowanie najmocniejsza część historii, choć barwy jeszcze bardziej się wyostrzają, kiedy w drugiej połowie sezonu główna sprawa zaczyna się gmatwać i zaczyna się poszukiwanie „winnych”. Dopiero wtedy widać, jak sprawnie scenarzyści wykorzystali fundamenty poprzedniego sezonu, żeby zbudować pełną grę zależności, w której nawet uważny widz może poczuć się zwiedziony. Kulminacje są satysfakcjonujące, choć nie da się nie zauważyć, że dochodzenie do nich bywa rozciągnięte w czasie, a scenarzyści chwilami wracają do schematów znanych z pierwszego sezonu – było to z jednej strony pójście na łatwiznę bezpiecznymi torami, ale mnie to nie raziło mocno, bo wychodzę z założenia, że nie ma nic złego w stosowaniu sprawdzonych metod o ile one działają.

Mocnym punktem serialu zostaje główna obsada. Michael Fassbender odnajduje się w chłodnym profesjonalizmie, wyczuciu detalu i wiarygodnym przyjmowaniu różnych twarzy wymaganych od agenta noszącego na sobie ciężar emocjonalny. Z kolei Jeffrey Wright i Richard Gere idealnie nadają swoim postaciom charyzmy i budują wokół siebie napięcie, dzięki któremu ich role tworzą dynamikę w zestawieniu z postaciami, z którymi muszą wchodzić w konflikty. Ale ten sezon naprawdę zyskał, poświęcając więcej czasu drugoplanowej obsadzie: John Magaro (mój ulubiony bohater tego sezonu) dostał sporo miejsca i nową rolę, w której pokazał swoje atuty i odnalazł się jako prawdziwy agent, musiął wykazać się zupełnie innymi umiejętnościami. To samo mogę powiedzieć o Saurze, która miała rolę zbliżoną do tej z pierwszego sezonu, ale tu została postawiona w trudniejszej sytuacji, co wymagało od niej więcej emocji i umiejętności i poradziła sobie z tym bardzo dobrze.

Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.