The Paper (Opinia bezspoilerowa)
Amerykańskie „The Office” to mój absolutnie ulubiony serial! Kocham w nim właściwie wszystko, choć uczciwie przyznaję, że należę do tej grupy widzów, która potrzebowała chwili, żeby wgryźć się w konwencję. Dopiero od drugiego sezonu poczułem, że „to jest to”. Dlatego jako fan nie mogłem przejść obojętnie obok „The Paper”, głośno zapowiadanego spin-offu. I tak, to serial udany, ale jego odbiór w dużej mierze zależy od punktu widzenia.
„The Paper” wyróżnia się na tle sitcomów ostatnich lat. Bierze na warsztat podupadającą branżę prasową i robi to z pomysłem: trafnie punktuje współczesne problemy, całkiem serio podchodzi do pracy dziennikarskiej i potrafi nadać wagę tematom poruszanym w gazetach. Twórcy wyraźnie znają realia. Sporo czasu poświęca się naradom redakcyjnym, pracy w terenie, kulisom podejmowania decyzji. Momentami naprawdę można poczuć się jak w działającej redakcji, a branżowy slang używany przez bohaterów tylko wzmacnia to wrażenie. Zakres poruszanych tematów jest szeroki: od lokalnych problemów ze ściekami, przez manipulacje medialne, aż po kwestie prawne. Dzięki temu serial pokazuje, jak zmienia się podejście do informacji w erze internetu, influencerów i szybkiego obiegu treści. Co ważne, całość układa się w spójną historię z satysfakcjonującym finałem. Komediowo też jest „ok”: twórcy potrafią żonglować humorem nawet przy poważniejszych tematach, a obsada dobrze odnajduje się w balansowaniu tonu. Problem w tym, że bardzo wcześnie zostają postawione granice. To nie jest ten poziom jazdy bez trzymanki, jaki pamiętamy z „The Office”. Tutaj pilnuje się „dobrego smaku”, przez co brakuje momentów, które naprawdę wywracają odbiór do góry nogami albo prowokują ostrzejsze reakcje.

I tu dochodzimy do kwestii perspektywy… „The Paper” działa dobrze, jeśli nie oceniać go jako spin-offu amerykańskiego „The Office”. Od pierwszego odcinka ma własny charakter i unikalny klimat, który konsekwentnie rozwija – jest tu nieco poważniej, ale ten ton przełamują branżowe żarty, popkulturowe wstawki i wyraźnie zarysowane cele postaci. Bohaterowie są charyzmatyczni i nie sprawiają wrażenia kalk znanych archetypów, a relacje między nimi są na tyle specyficzne, zróżnicowane w tonach (identycznie osobowości), że chce się użyć powiedzenia „dla każdego coś innego”. Najlepszym przykładem jest Sabrina Impacciatore jako Esmeralda czyli postać mocno przerysowana, bezczelna, dająca sobie ogromną swobodę. Nawet w sytuacjach skrajnie niewygodnych potrafi „rozsiąść się” fabularnie i sypać chamskimi tekstami jak z karabinu, kradnąc sceny bez wysiłku, a relacja Nicole z Detrickiem jest tak skomplikowana i zależna „od nastroju”, że kupuje się wszystko od tej parki!
Zdecydowanie gorzej serial wypada, gdy patrzy się na niego stricte jak na spin-off „The Office”. Nawiązania między produkcjami praktycznie nie istnieją. Ograniczają się do kilku zdań w pierwszym odcinku i… to właściwie tyle. Jest jeszcze Oscar, jedyna postać przeniesiona bezpośrednio z oryginału. Fabularnie jest dobrze uzasadniony, ale jego obecność działa na serial raczej na minus. Po pierwsze jest kompletnie zbędny dla historii i niewiele wnosi. Po drugie jest (mega) irytujący, głównie przez brak chemii z resztą obsady. To, co działało w „The Office”, tutaj kompletnie się nie klei, bo ton i rytm są inne, przez co postać wypada obco. Dochodzi do tego kwestia humoru i tempa. Serial długo się rozkręca, nie przekracza pewnych granic i przez to w pełni „kliknął” mi dopiero od szóstego odcinka.
Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


