Recenzje serialiWspółpraca

Strzępy (Opinia bezspoilerowa)

Jako fanka seriali od Ryana Murphy’ego nie mogłam przejść obok „Strzępów” obojętnie. Zwłaszcza, że jest on adaptacją powieści Breta Eastona Ellisa, autora „American Psycho”, który lata temu zrobił na mnie wrażenie. Jednak zastanawiam się czy ta informacja nie sprawiła, że miałam co do tej historii pewne oczekiwania. Czy „Strzępy” im ostatecznie sprostały?

Akcja przenosi widzów do Los Angeles lat 80., gdzie Bret (w tej roli Igby Rigney) – ambitny nastolatek marzący o karierze pisarza – obraca się w świecie bogatych i uprzywilejowanych uczniów elitarnej szkoły. Ich życie wypełniają imprezy, romanse i eksperymentowanie z własną tożsamością, jednak wszystko zmienia pojawienie się tajemniczego Roberta Mallory’ego (Homer Gere). Jednocześnie okolicę terroryzuje seryjny morderca znany jako Trawler. Granica między paranoją a rzeczywistością stopniowo się zaciera, a widz do końca nie ma pewności, komu można ufać.

fot. YT

Historia jest opowiadana z perspektywy Breta, który pełni rolę narratora. Jego narracja z offu prowadzi widza przez wydarzenia, komentuje zachowania bohaterów z bliskiego otoczenia i ujawnia jego własne myśli, lęki oraz narastającą obsesję na punkcie nowego ucznia. Robi to w bardzo opisowy, typowy dla pisarza sposób. Ciężko więc stwierdzić na ile dana sytuacja jest wiarygodna, może jego własne uprzedzenia i narastająca zazdrość sprawiają że jest podkoloryzowana? Igby Rigney jest w swojej roli bardzo przekonujący. Będący wcześniej w centrum uwagi, jako ten, z którego opinią przyjaciele zawsze się liczyli, traci grunt pod nogami w momencie, gdy podejrzane zachowanie Roberta odbiera mu ich zdaniem zdrowy rozsądek. Zagłębiając się w sprawę coraz bardziej nagłaśnianych spraw, stara się na własną rękę udowodnić, że ma rację. Od tej pory zostaje wciągnięty w grę, w której ryzykuje, że ta część jego życia nieakceptowana przez społeczeństwo wyjdzie na światło dzienne, zaniedbując przy tym swoją dziewczynę Debbie (Hayes Warner). Myślę, że warto tu wspomnieć o Robercie, w którego wciela się Homer Gere. Moim zdaniem kradnie każdą scenę, w jakiej się pojawia. Charyzmatyczny i niebezpieczny, ma w sobie jednocześnie coś, co sprawia, że wcale mnie nie dziwi, jak szybko przyjaciele Breta zaakceptowali go jako część grupy – umiejętnie manipuluje. Od początku wyczuwa się między nimi napięcie i rywalizację. Jak się okazuje nie jest jedynym, któremu Robert przeszkadza. Thom – lubiany przez wszystkich sportowiec – w tej roli Graham Campbell – też zaczyna podzielać jego niechęć kiedy zdaje sobie sprawę, że Robert ma na oku jego dziewczynę, perfekcyjną pod każdym względem Susan (Kaia Gerber). Choć zdawać by się mogło, że są zgraną paczką, okazuje się, że wystarczy pojawienie się kogoś nowego, by rozszarpać ich zaufanie i poczucie własnej wartości na strzępy a przy tym pokazać ich prawdziwe oblicza.

fot. FX/YT

Fabuła rozwija się stopniowo, koncentrując się na budowaniu napięcia i przybliżeniu życia bohaterów. Choć ich codzienność jest główną osią historii, mamy też istotne postaci drugoplanowe. M.in. przewijający się rodzice Debbie. Wes Bentley i Evan Rachel Wood grają małżeństwo, którego wspólne życie jest tylko fasadą. Pełne kłamstw, zdrad i braku szacunku nie stanowi dla dziewczyny dobrego przykładu. Stopniowo odkrywamy, ile brudu skrywają za przepychem a także do czego są zdolni, by ten poziom życia utrzymać. A przyjaźń która łączy bohaterów wcale nie wypada lepiej. Bret pracujący nad swoją debiutancką powieścią stawia chęć odniesienia sukcesu na pierwszym miejscu, Thom przez brak ojca w pobliżu coraz bardziej tłamsi Susan, Debbie ma dosyć bycia tą drugą a Robert – z uśmiechem obserwuje narastające napięcia. Tu nikt nie jest do końca szczery i każdy ma coś do ukrycia. Jeśli lubicie tego typu seriale, będziecie zachwyceni. Choć nie lubię generalizowania, w tej historii tak właśnie jest. Jak to u Murphy’ego bywa – kiedy trzeba jest strasznie a nawet makabrycznie. Mimo, że scen śmierci na ekranie nie zobaczycie, to usłyszenie postaci walczących o życie, bywa równie przerażające. Przeskoki między tymi scenami a bohaterami, którzy rozpraszają się jak mogą i starają się odpychać od siebie nową rzeczywistość solidnie wybrzmiewają. Gdybym miała coś jeszcze bezspoilerowo pochwalić zdecydowanie byłby to klimat. Los Angeles lat 80. zostało odtworzone z dużą dbałością o szczegóły – od kostiumów i scenografii po sposób filmowania. No i ścieżka dźwiękowa świetnie współgra nie tylko z historią samą w sobie, rozgrywającą się w konkretnym czasie, ale też tym co się dzieje na ekranie. Mam wrażenie, że każdy kawałek, który słyszymy albo idealnie dopełnia scenę albo stanowi drugie dno, jeśli wsłuchać się uważnie.

Muszę przyznać, że „Strzępy” spodobały mi się ostatecznie bardziej niż „The Beauty” czy „Makabreska”. Jasne, momentami aż czekałam na te momenty pełne napięcia i grozy, z którymi kojarzy mi się Murphy i miałam wrażenie, że były celowo odwlekane. Jakby scenariusz rozpisano na więcej sezonów. Co ciekawe, choć tropy starają się nas usilnie zaprowadzić do konkretnego sprawcy – ponownie, perspektywie Breta nie warto ufać – to odbijamy się na przestrzeni historii od innych podejrzanych postaci. Daje vibe „American Psycho” ale z niezidentyfikowanym mordercą polującym na licealistów z prestiżowej szkoły. Czy to przekonuje czy raczej zniechęca? Przekonacie się już jutro kiedy na platformie pojawią się premierowo dwa odcinki. Ja wolałabym krótko, zwięźle i na temat, ale skoro się nie dało to mam nadzieję, że dowiemy się o tym kto jest mordercą w kolejnym sezonie, bo pierwszy urywa się w takim momencie, że nie może się tak skończyć.

Dziękujemy Disney+ za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię.