Rycerz siedmiu królestw (Opinia bezspolierowa)
Z serialowym światem Westeros mam relację typu love–hate. „Gra o tron” to była miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwsze sezony wciągnęły mnie jak bagno w Dorzeczu i tylko utwierdzały w przekonaniu, że to jest TO. No ale potem przyszedł moment, kiedy twórcom skończył się materiał źródłowy od George’a R. R. Martina… i peron im odjechał. I to tak daleko i tak szybko, jak te turbo-kruki z ostatnich sezonów. Powiedzieć, że źle przyjęłam finałowy sezon „Gry o tron”, to jak nic nie powiedzieć. To był emocjonalny rollercoaster bez pasów bezpieczeństwa, który kończy się w rowie. „Ród smoka” dał mi cień nadziei. Pierwszy sezon był przyzwoity, czuć było klimat, polityczne napięcie, smoki robiły robotę. Ale już wtedy było widać, że zmiany wprowadzone przez twórców mogą się odbić czkawką. I cóż… drugi sezon udowodnił, że czkawka może trwać bardzo długo i być bardzo bolesna. Dlatego do „Rycerza Siedmiu Królestw” podchodziłam z oczekiwaniami, ale bez wielkiej nadziei. Serce mówiło „może się uda”, rozum szeptał „nie przywiązuj się za bardzo”. No to… czy się udało? Zobaczmy.

Tak więc witamy ponownie w Westeros. Jest rok 209 po Podboju Aegona, czyli jakieś 70–80 lat po historii Rhaenyry Targaryen i mniej więcej 100 lat przed narodzinami Daenerys Targaryen. Westeros przeżywa akurat stosunkowo spokojny okres, taki klasyczny „cisza przed kolejną burzą”, bo jak wiemy, w tym uniwersum długotrwały spokój to raczej stan przejściowy. Serial skupia się na przygodach Ser Duncana Wysokiego, rycerza o sercu większym niż jego rozum, oraz jego giermka imieniem Jajo. I tu dostajemy to, co w tym świecie najlepsze: rycerzy, turnieje, pojedynki, honor, dumę… oraz oczywiście solidną porcję kłopotów, które Jajo i Dunk regularnie na siebie sprowadzają. Bo o ile Dunk próbuje żyć według kodeksu rycerskiego, o tyle życie bardzo chętnie testuje, jak bardzo ten kodeks jest elastyczny. A Jajo? Cóż… jak na giermka bywa momentami zaskakująco pewny siebie i ma w sobie coś, co trudno do końca nazwać. Powiedzmy tylko, że świat, po którym wędruje, wcale nie jest mu aż tak obcy, jak mogłoby się wydawać.
Casting – coś, co w serialowym uniwersum „GOT” zawsze stało na najwyższym poziomie. I tutaj też widać, że ktoś naprawdę ma do tego nosa! Mamy rewelacyjny casting do roli Dunkana, Peter Claffey to strzał w dziesiątkę. Wygląda, zachowuje się i oddaje ducha tej postaci jakby był do niej stworzony. Idealnie wciela prostego chłopa w świecie, który jest dla niego zbyt skomplikowany. Dexter Sol Ansell to kolejny genialny dziecięcy casting w tym uniwersum. Serio, nie wiem, jak oni wyłapują te małe gwiazdy, talent w czystej postaci! Cały drugi plan też daje radę rewelacyjnie, Daniel Ings jako Ser Lyonel Baratheon? Kocham gościa!

Jeśli chodzi o klimat, kostiumy, charakteryzację i lekcje historii, to kompletnie nie czuć ani śladu oszczędności czy małego budżetu. (Tak, wiemy od twórców, że mgła w scenie bitwy była koniecznością, ale ja zupełnie tego nie odczułam, tylko dodawała klimatu). Dalej czujemy brud i trud tego świata, nie w królewskich pałacach, tylko w przydrożnych karczmach, końskich kupach na trakcie i codziennym życiu zwykłych ludzi. Wszystko to sprawia, że Westeros naprawdę żyje. Co jeszcze warto wyróżnić, to scenariusz i dialogi. Świetne dialogi (finałowa rozmowa Dunkana z Maekarem) i rewelacyjny scenariusz, który genialnie czerpie z dość krótkiego pierwowzoru. Oddaje mu szacunek, a jednocześnie pięknie go rozwija, nie wypaczając ani historii, ani postaci. Naprawdę, szacunek dla twórców za tę epicką przemowę Dunka!
Na koniec minus za zbyt krótkie odcinki. Tak, znowu wracamy do tego, że ich długość wynika z budżetu – nie było kasy na zbędne sceny. Ale dostawanie około 30 minut tygodniowo to wręcz zbrodnia! Ledwo zdążysz wciągnąć się w przygody Dunka i Jaja, a tu już koniec odcinka. Człowiek chce jeszcze więcej! 😅
Podsumowując „Rycerz Siedmiu Królestw” to mały serial z wielkim sercem. Ma klimat, humor, przygodę, bohaterów, którym naprawdę chce się kibicować i świat, który żyje swoim własnym życiem, brudny, trudny, a czasem zabawny. Czujesz tu ducha pierwszych sezonów „Gry o tron”, ale bez przesady. Kompaktowo, ale w punkt. Czy spełnił oczekiwania? Absolutnie. Czy wzrusza, bawi i daje poczucie, że Westeros naprawdę istnieje? Tak, i to w jednej miniserii! Minus jest jeden, odcinki są za krótkie! 😅 Ledwo zdążysz się wciągnąć w przygody Dunka i Jaja, a tu już napisy końcowe. No serio, kto wymyślił, że 30 minut tygodniowo wystarczy?! Mimo wszystko, brawo dla twórców! Bo pokazali, że nawet przy skromnym budżecie da się zrobić coś, co naprawdę wciąga, wzrusza i bawi jednocześnie.
Dziękujemy HBO MAX za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na treść tekstu.

