Recenzje serialiWspółpraca

Virgin River – Sezon 7 (Opinia bezspolierowa)

Virgin River” od lat nie schodzi z list najchętniej oglądanych seriali na Netflixie i muszę przyznać, że coś w tym jest. Bo choć fabuła bywa prosta, momentami wręcz banalna, to produkcja wciąż przyciąga widzów jak magnes. To jeden z tych seriali, które działają trochę jak ciepły koc w chłodny wieczór, niby nic wielkiego się nie dzieje, a jednak w jakiś sposób odpręża, uspokaja i otula serduszko. Dziś przychodzę do was z recenzją 7. sezonu (tak, dobrze widzicie – siódmego, sama czasem nie wierzę!). Serial, który zaczynał jako spokojna opowieść o nowym życiu w małym miasteczku, zdążył już przeżyć więcej dramatów niż niejedna telenowela. Bo w Virgin River spokojne życie oznacza zwykle jedno: ktoś zaraz trafi do szpitala, wyjdzie na jaw jakaś wielka tajemnica z przeszłości albo pojawi się kolejny dawno niewidziany krewny. A jednak… wciąż chce się tam wracać. Zapraszam więc do poczytania moich wrażeń z nowego sezonu.

fot. Netflix

Nowy sezon wrzuca nas w sam środek kolejnych życiowych zawirowań bohaterów. Mel i Jack próbują przejść przez proces adopcji, co – jak można się domyślić – w „Virgin River” wcale nie jest prostą formalnością, tylko emocjonalnym rollercoasterem. Klinika musi radzić sobie bez Doca, który po zawieszeniu prawa do wykonywania zawodu nie może normalnie pracować, a wszyscy wiemy, że w tym miasteczku lekarz jest potrzebny właściwie co pięć minut. Hope oczywiście pozostaje w swoim żywiole, czyli na wojennej ścieżce z byłym mężem, chociaż umówmy się, gdyby akurat nie była z nim pokłócona, pewnie znalazłaby kogoś innego do sprzeczki. Charmaine znika w tajemniczych okolicznościach, Lizzie i Denny uczą się uroków rodzicielstwa (czytaj: chronicznego niewyspania), a Brie, jak to Brie, dalej miota się w swoich miłosnych dylematach.

Zacznijmy od tego, że mimo mnogości wątków i faktu, że nuda tu zdecydowanie nie grozi, to jednak odebrałam ten sezon jako trochę spokojniejszy niż poprzednie. Nie ma aż takiego poziomu dramatyzmu, jaki „Virgin River” potrafi nam czasem zaserwować z pełną serialową pompą. Oczywiście bohaterowie nadal napotykają różne problemy i jak to w tym miasteczku bywa, próbują je wspólnie przepracować jako ta cudownie zgrana społeczność. Mam jednak wrażenie, że przez sporą liczbę wątków związanych z dziećmi i rodzicielstwem ten sezon ma trochę bardziej „domowy” charakter i jest po prostu odrobinę spokojniejszy.

fot. Netflix

Jest jednak coś, co w „Virgin River” bardzo lubię i co właściwie stało się już tradycją każdego sezonu, czyli wątek kryminalno-sensacyjny. Czasem jest bardziej rozbudowany, czasem pojawia się tylko w tle, ale prawie zawsze gdzieś tam się przewija. I moim zdaniem bardzo dobrze współgra z tymi bardziej obyczajowymi historiami, dodając serialowi trochę dynamiki i tempa. Jasne, to nie jest poziom akcji rodem z „Szybkich i wściekłych”, ale zawsze pojawia się jakaś sprawa do rozwiązania: zniknięcie, tajemnica z przeszłości, małe śledztwo czy inna zagadka. Dzięki temu „Virgin River” nie jest tylko spokojną opowieścią o życiu w małym miasteczku, ale potrafi też od czasu do czasu dorzucić trochę napięcia. I właśnie to sprawia, że serial wyróżnia się na tle wielu podobnych, czysto obyczajowych produkcji. W tym sezonie takim właśnie „rumieńcem” fabularnym jest wątek Charmaine. Nie jest on może ogromny ani dominujący nad resztą historii, ale okazuje się całkiem istotny, szczególnie dla rozwoju postaci takich jak Brie czy Mike. To jeden z tych elementów, które może nie zajmują połowy sezonu, ale potrafią dodać trochę napięcia i sprawić, że bohaterowie muszą zmierzyć się z sytuacjami wykraczającymi poza ich codzienne, miasteczkowe problemy.

Trudno mi też jakoś szczególnie wyróżnić konkretne wątki na ogromny plus. Przez to, że ten sezon jest dość spokojny, żaden z nich nie wybija się ani spektakularnie w górę, ani nie ciągnie serialu w dół. Wątki parentingowe są w porządku, ogląda się je przyjemnie, ale raczej bez większych emocjonalnych fajerwerków. Podobnie historia z próbą „przejęcia” kliniki i walka Doca o odzyskanie licencji ciekawa, ale nie powiedziałabym, że szczególnie wciągająca. No i mamy oczywiście słynny już serialowy trójkąt: Brie, Mike i Brady. Ten wątek ciągnie się już chyba od dwóch sezonów i szczerze mówiąc… trochę mnie zmęczył. Mam więc ogromną nadzieję, że w końcu dostajemy jego definitywne zakończenie. Bo ile można patrzeć, jak Brie miota się między dwoma facetami?

fot. Netflix

Poznajemy też dwie nowe postaci, które (wszystko na to wskazuje) mają szansę zostać w Virgin River na dłużej. Pierwszą z nich jest Victoria, grana przez Sarę Canning. To była policjantka, która została śledczą i prowadzi sprawę Doca. Drugą nową twarzą jest Clay, w którego wciela się Cody Kearsley. Jego bohater to były jeździec rodeo z tajemnicą z przeszłości. Obie postaci naprawdę dobrze wpasowują się w klimat serialu. Ich wątki są ciekawe, a sami bohaterowie mają w sobie coś, co sprawia, że z przyjemnością będzie się śledzić ich dalsze losy.

Podsumowując, 7. sezon „Virgin River” to jego trochę spokojniejsza odsłona, w dużej mierze skupiona na rodzicielstwie i chęci posiadania potomstwa. Mimo mniej dramatycznego wydźwięku i wolniejszego tempa, nadal jest to opowieść o małym miasteczku położonym w pięknej i dzikiej części północnej Kalifornii oraz jego uroczej, zgranej społeczności, która chwyta za serce. Ten sezon pokazuje, że nawet przy spokojniejszym rytmie „Virgin River” potrafi być ciepłym, relaksującym i emocjonalnie satysfakcjonującym serialem, który daje ochotę na powrót do bohaterów i ich codziennych (czasem szalonych) perypetii.

Dziękujemy Netflix za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.