Recenzje serialiWspółpraca

Punisher: Ostatnie Starcie (Opinia bezspoilerowa)

Punisher to jeden z moich ulubionych „bohaterów” Marvela, a Bernthala uwielbiam w tej roli od pierwszego występu. Chyba nie muszę dodawać, że odcinek specjalny „Punisher: Ostatnie starcie” był dla mnie „must watch”, prawda?

Lądujemy w bezpiecznej strefie pomiędzy 2. sezonem „Daredevil: Odrodzenie” a nową częścią „Spider-Mana”. Frank Castle próbuje tutaj jakoś żyć, powoli trawiąc dawne traumy i udając normalność, ale umówmy się – przeszłość Punishera nie odpuszcza. Na jego drodze staje koleś, któremu Frank kiedyś skrzywdził bliskich, a teraz przyszedł czas na bezwzględną zemstę.

Klimat, klimat i jeszcze raz… wpierdol! Jest mrocznie, brudno, przyziemnie i ulicznie. Brutalność wjeżdża tu bez trzymanki: trup ściele się gęsto, krew leje się strumieniami, a kamera bez owijania w bawełnę pokazuje soczyste, bliskie kadry na konkretne obrażenia. Do tego postacie nie pierdolą się w tańcu i lecą ostrym językiem. Dokładnie takiego Punishera potrzebowaliśmy i dostaliśmy (czysta esencja). Scen akcji jest mnóstwo, a Frank ma w nich niesamowity pazur. Gość genialnie dostosowuje się do warunków, operuje gnatami jak natchniony i robi w kadrze taką demolkę, że aż czuć ten komiksowy vibe. Cała historia trzyma się mocno ziemi i zachowuje fajny realizm, który idealnie współgra z efektami specjalnymi (poza jedną, lekko sztuczną sekwencją).

Twórcy wjechali bardzo głęboko w przeszłość Franka. Genialnie pokazano, jak te wszystkie dawne traumy wciąż w nim siedzą i jak potężny mają na niego wpływ. Co najważniejsze Punisher w końcu rusza z miejsca! Po tylu latach dostajemy wreszcie nadzieję, że chłop wyrwie się z tego wiecznego cyklu, gdzie w każdej kolejnej produkcji był pokazywany dokładnie na to samo kopyto. No i Jon Bernthal to absolutny król. Ten facet po prostu JEST Punisherem. Czapki z głów, bo koleś niszczy system zarówno w scenach czysto fizycznych, jak i wtedy, gdy musi zagrać faceta przechodzącego przez totalne, psychiczne piekło.

Tylko… odcinek specjalny jest zdecydowanie za krótki (nawet jak na odcinek specjalny). Format zamykający się w około 40 minutach świetnie radzi sobie z pokazaniem krwawej rzezi i ekspresowym wprowadzeniem nowego widza w świat Franka, ale przez to potężnie ucierpiał finał. Ostatnie 10 minut zostało tak drastycznie przyspieszone, że cała wewnętrzna przemiana bohatera, zerwanie z przeszłością i obranie nowej drogi wyszły kompletnie nieczytelnie, a wręcz mocno naciąganie. Drugi minus leci za brak klarownego podania osi czasu. Gdyby nie oficjalne materiały promocyjne i internetowe rozpiski, w życiu bym nie ogarnął, jak sensownie ułożyć ten film w chronologii MCU.

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.