Recenzje serialiWspółpraca

One Piece. Sezon 1-2 (Opinia bezspoilerowa)

Aktorska adaptacja „One Piece” to produkcja oparta na bestsellerowej mandze autorstwa Eiichiro Ody. Podczas gdy pierwszy sezon zekranizował około 95 rozdziałów mangi i 44 odcinki anime, drugi sezon skupi się na przygodach Słomkowej Załogi opisanych w rozdziałach 96–154 oraz odcinkach 45–91. Jeżeli jeszcze nie znacie tej produkcji, zachęcam do zapoznania się z moją bezspoilerową opinią o tym wyjątkowym tytule, którego dwa sezony znajdziecie w bibliotece Netflixa.

Monkey D. Luffy od dziecka dorastał wśród piratów. Zainspirowany legendą Gold Rogera, ten młody i pełen energii śmiałek obiera sobie jeden cel: odnaleźć mityczny skarb One Piece i zostać nowym Królem Piratów. Aby spełnić marzenie, wyrusza z wód East Blue w stronę niebezpiecznego Grand Line, gdzie wyzwania czekają na każdym kroku. Pierwszy sezon to kompletowanie ekipy, bo czymże byłby pirat bez statku i załogi? Drugi zaś zabiera nas na niebezpieczne wyspy, które chcąc nie chcąc bohaterowie będą zmuszeni odwiedzić po drodze. Zaznaczę na początku, że nie jestem zaznajomiona z pierwowzorem, ponieważ kompletnie nie ciągnie mnie do tej mangi. Do anime też nie miałam zamiaru siadać, bo jednak ponad 1120 odcinków wygląda przerażająco. Jednak premierowy odcinek pierwszego sezonu netflixowej produkcji okazał się strzałem w dziesiątkę. Zachęcona rozmachem odpaliłam też anime i wyruszyłam w piękną przygodę, chociaż bardzo długo zwlekałam z tym tytułem. Jako wierna fanka „Piratów z Karaibów” i „Black Sails” (Kapitan Flint) nie sądziłam, że ktoś może im dorównać, ale Załoga Słomkowego Kapelusza jest genialnie obsadzona.

fot. Netflix

I tak Iñaki Godoy jako Monkey D. Luffy może nie jest moim ulubionym piratem, ale emanuje od niego taka pozytywna energia, że nie sposób go nie polubić. Postać tak optymistyczna w tym niebezpiecznym i zwariowanym świecie wydaje się wręcz kosmiczna. Choć to słowo brzmi dość dziwnie, gdy na ekranie pojawia się ryboludź, pirat-klaun czy wybuchowe gluty z nosa bądź istoty, które zyskały nadnaturalne moce po zjedzeniu diabelskiego owocu. Jednak to, co naprawdę definiuje go jako lidera, to oddanie załodze. Przyjaźń jest dla Luffy’ego świętością. Potrafi rzucić wyzwanie całemu światu i najpotężniejszym wrogom, jeśli tylko któryś z jego nowych napotkanych przyjaciół potrzebuje pomocy. W serialu świetnie widać, że jego siła nie bierze się z gumowego ciała, ale z serca, które bije dla bliskich mu osób. Co ciekawe, w anime Luffy drażnił mnie swoją dziecinnością, a w serialu polubiłam go od pierwszej chwili. Jestem ogromną fanką scen walki tak więc nie dziwi mnie fakt, że w anime i serialu moim ulubionym piratem stał się Roronoa Zorro (Mackenyu Arata). Ten wycofany, cichy i niezwykle sprawny fizycznie szermierz stanowi idealną przeciwwagę dla nadpobudliwego Luffy’ego. Jego znaki rozpoznawcze to charakterystyczne zielone włosy oraz unikalny styl walki trzema mieczami jednocześnie. To, co najbardziej imponuje mi w kreacji Mackenyu, to jego niesamowita dyscyplina i charyzma, która bije z ekranu nawet wtedy, gdy Zoro nie wypowiada ani słowa. Serialowa wersja bohatera doskonale oddaje jego wewnętrzny konflikt między lojalnością wobec załogi a dawną obietnicą złożoną przyjaciółce, co czyni go postacią niezwykle autentyczną. Zoro to nie tylko maszyna do walki, ale przede wszystkim człowiek o niezłomnych zasadach, którego ewolucję śledzi się z zapartym tchem. Bardzo doceniam fakt, że serial rozbudował jego historię, nadając mu głębi i emocjonalnego ciężaru. Kolejnym członkiem załogi jest Nami (Emily Rudd). Choć jej postać nie wzbudza natychmiastowej sympatii, od początku czuć, że skrywa bolesną tajemnicę i dźwiga bagaż traum. Nami jawi się jako najbardziej stąpająca po ziemi i wrażliwa członkini załogi, dzięki czemu scena w jej wiosce Cocoyasi nabiera głębokiego znaczenia. Pomimo tego, że podoba mi się wierne odwzorowywanie scen i podążanie w tym kierunku to całkowicie kupił mnie pomysł ze wcześniejszym ukazaniem jej historii, która w anime miała miejsce znacznie później. Dzięki temu twórcy zręcznie umieścili wszystko w 7 odcinku. Sanji (Taz Skylar) i Usopp (Jacob Romero) to dwójka piratów, która zyskuje moją sympatię w drugim sezonie. W pierwszym nie byłam kompletnie przekonana co do nich. Po obejrzeniu drugiego sezonu stwierdzam, że i jeden i drugi byłby idealnym kandydatem na partnera (tak jak Luffy i Roronoa). Pomimo tego, że trochę zepchnięty na drugi plan „za śmieszny” Usopp zyskuje w drugim sezonie. Już nie bajkopisarz a pełnoetatowy przyjaciel, który przezwycięża strach i na nowo (teraz już prawdziwe) może pisać swoje historie. To samo miałam z Sanjim. Zyskał i mnie w drugim sezonie, gdzie zobaczyliśmy bardziej przystepną wersję animowanego bohatera. Ten czarujący król gotowania na pewno skradnie wasze serce.

fot. Netflix

Zapewne zauważyliście patrząc na zdjęcia, że w drugim sezonie załoga Luffyego powiększa się o dwóch nowych członków. Do drużyny dołącza kolejna kobieta – Vivi, której historia najbardziej mnie zaskoczyła. Jej relacja z Monkey D. Luffym jest tak poprowadzona, że zyskała specjalne miejsce w moim sercu. Drugi bohater to przesłodki mały reniferek Tony Tony Chopper. Postać ta została stworzona przy użyciu zaawansowanych efektów CGI (głosu i mimiki użyczyła mu Mikaela Hoover), aby zachować jego charakterystyczny, uroczy wygląd znany z mangi i anime. „No nie, Katey Sagal”! To były moje słowa gdy na ekranie zobaczyłam bohaterkę, którą gra ta aktorka. Nie wiem jakim cudem ominęła mnie informacja, że Katey ma zagrać w tym serialu. Kocham Peggy Bundy, uwielbiam kontrowersyjną Gemmę Teller Morrow z „Synów Anarchii”, więc nie mogło być lepszej niespodzianki dla mnie. Na koniec przejdę do postaci, która nie jest w ekipie Luffyego a przez dwa sezony próbuje pokrzyżować mu szyki. Z całego serca nienawidzę klownów ale Buggy (Jeff Ward) to zmienił. Czy komuś może się podobać psychopatyczny i groteskowy klown pirat z wielkim czerwonym nosem? Powinnam napisać nie, ale ta postać jest tak świetnie zagrana, że dla mnie jest nawet lepsza od tej, którą widziałam w anime. Aktor nadał Buggy’emu mroczny urok, który sprawia, że każda scena z jego udziałem jest szalenie ciekawa. Jego ekranowa charyzma balansuje na granicy szaleństwa i komizmu, dzięki czemu przestaje być tylko przerysowanym złoczyńcą, a staje się postacią, na której powrót czekam. Dla mnie jest to jedna z ciekawszych osobowości z serialu. Jedyne, co mnie rozczarowało, to przedstawiciele Baroque Works. Choć kreowano ich na potężną organizację, większość bandy pokazanej w tych dwóch sezonach sprawiała wrażenie amatorów, których pokonali by zwykli piraci. Mimo to Mr. 9, partner Miss Wednesday, zyskał moją sympatię swoją ostatnią sceną.

fot. Netflix

Drugi sezon serialu zachwyca zarówno powracającymi jak i nowymi postaciami oraz fantastyczną scenografią. Odwzorowanie postaci z mangi i anime jest zaskakujące. Nigdy nie widziałam lepszego. Jako rocznik ’90 wychowałam się na „Parku Jurajskim” i do dziś mogę bez końca oglądać moment, w którym dr Grant i Ellie po raz pierwszy widzą dinozaury. Doskonale rozumiem ekscytację Luffy’ego na widok prehistorycznej wyspy. To jest totalny powrót do dzieciństwa. Czym prędzej zabierajcie się za drugi sezon i odwiedzajcie odległe wyspy z Załogą Słomkowego Kapelusza. „One Piece” to wzór idealnej adaptacji. Gdyby twórcy zawsze tak wiernie trzymali się pierwowzoru, mielibyśmy hit za hitem zamiast kolejnych „koszmarków” robionych przez ludzi, którzy najwyraźniej nie znają materiału źródłowego. Nie muszę tutaj przytaczać tytułów, ponieważ każdy Serialomaniak powinien wiedzieć o co mi konkretnie chodzi. Pierwszy sezon kupuje nas rozmachem, charyzmą i genialną obsadą, a w drugim dostajemy wszystkiego więcej. Kilka razy więcej. Są dinozaury, nowi bohaterowie, rozbudowane wątki postaci. Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. I następnego. Tyle przygód przed nami. Tyle bohaterów do poznania. Mam nadzieję, że casting i trzymanie się historii będzie na takim samym poziomie jak dotychczas.

Dziękujemy Netflixowi za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na treść tekstu.