Obsesja (Opinia bezspoilerowa)
Nie będę ukrywać głównym powodem, dla którego sięgnęłam po „Obsesję” (Furious), była Emmy Rossum. Bardzo cenię tę aktorkę i zawsze z ciekawością sprawdzam jej nowe projekty. Dodatkowo sam opis serialu zapowiadał coś, co mogło przypaść mi do gustu, mroczny thriller z psychologicznym zacięciem, a nie tylko kolejną opowieść o seryjnym mordercy. Pozostało więc tylko usiąść i przekonać się, czy za intrygującym pomysłem poszło równie dobre wykonanie.
Alice Black (Emmy Rossum) dopiero rozpoczyna pracę jako agentka FBI. Wcześniej była policjantką, jednak po skandalu, który przekreślił jej karierę w policji, postanawia zacząć od nowa. Nieoczekiwanie zostaje włączona do śledztwa dotyczącego Catherine Grace (Lola Petticrew), nieuchwytnej seryjnej morderczyni, która za swoje ofiary obiera mężczyzn dopuszczających się przemocy wobec kobiet. Z pozoru rutynowe śledztwo szybko przeradza się w niebezpieczną grę psychologiczną, w której granica między ścigającą a ściganą zaczyna się zacierać.

Przyznam szczerze, że po opisie fabuły spodziewałam się przede wszystkim rasowego thrillera z mocno rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Liczyłam na emocjonującą grę w kotka i myszkę między agentką FBI a seryjną morderczynią. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że twórcy mieli na ten serial zupełnie inny pomysł. Owszem, śledztwo odgrywa ważną rolę, ale z każdym kolejnym odcinkiem schodzi coraz bardziej na drugi plan. Zamiast tego „Obsesja” skupia się na psychice swoich bohaterek, ich traumach oraz cienkiej granicy między sprawiedliwością a zemstą.
Fabularnie „Furious” nie zaskakuje skomplikowanym scenariuszem ani serią nieoczywistych zwrotów akcji. Dość szybko można wyczuć, w jakim kierunku zmierza historia i jakie decyzje będą podejmować bohaterowie. Nie jest to jednak wada wynikająca z leniwego scenariusza, a raczej świadomy wybór twórców. Od samego początku najważniejsze nie jest bowiem samo śledztwo, lecz Alice i Catherine. To ich emocje, doświadczenia i wzajemna relacja stanowią prawdziwe serce tej opowieści. Czy taka forma do końca do mnie trafiła? Chyba nie. Nie potrafię odmówić tej produkcji jakości, świetnego aktorstwa czy dobrze napisanego scenariusza, ale jednocześnie jestem fanką bardziej klasycznych kryminałów, w których to właśnie zagadka i śledztwo wysuwają się na pierwszy plan. Tutaj kryminalna intryga z czasem ustępuje miejsca psychologicznemu dramatowi i choć rozumiem zamysł twórców, momentami brakowało mi większego napięcia oraz elementu zaskoczenia.

Nie ukrywam też, że kierunek, w którym rozwija się historia Alice, nie był dla mnie szczególnym zaskoczeniem. W pewnym momencie trudno było mi nie dostrzec podobieństw do wątku Elle Greenaway z pierwszych sezonów „Criminal Minds”. Oczywiście nie są to identyczne historie, jednak motyw wpływu traumy na funkcjonariuszkę wymiaru sprawiedliwości i konsekwencji podejmowanych przez nią decyzji wywoływał u mnie wyraźne skojarzenia. Dlatego część wydarzeń przewidziałam znacznie wcześniej, niż zapewne zakładali twórcy.
Jeśli miałabym wskazać jeden element, dla którego naprawdę warto obejrzeć „Furious”, bez chwili wahania postawiłabym na obsadę. To właśnie Emmy Rossum i Lola Petticrew są największymi atutami tej produkcji. Bez ich zaangażowania i świetnie zbudowanych kreacji historia mogłaby nie wybrzmieć z taką siłą. Emmy Rossum po raz kolejny udowadnia, że świetnie odnajduje się w wymagających emocjonalnie rolach. Jednocześnie sama Alice nie zawsze mnie do siebie przekonywała. Momentami miałam wrażenie, że scenariusz zbyt mocno podkręca jej emocjonalność, przez co niektóre reakcje wydawały mi się przesadzone. Nie odbieram tego jednak jako zarzutu wobec samej aktorki, Rossum gra to, co dostała na papierze, i robi to naprawdę dobrze. Równie mocno zapadła mi w pamięć Lola Petticrew. Catherine w jej wykonaniu nie jest jednowymiarową seryjną morderczynią. Aktorka sprawia, że trudno patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat popełnianych zbrodni. W jednej scenie potrafi wzbudzić niepokój, by chwilę później wywołać współczucie. To bardzo niejednoznaczna postać i właśnie dlatego ogląda się ją z tak dużym zainteresowaniem.
Na pochwałę zasługuje również drugi plan. Nie miałam poczucia, że któraś z postaci została wrzucona do historii wyłącznie po to, by wypełnić ekran. Każdy z bohaterów wnosi coś do opowieści i wiarygodnie uzupełnia historię Alice oraz Catherine. Dzięki temu świat przedstawiony wydaje się spójny, a relacje między postaciami wypadają naturalnie. Choć „Furious” nie zawsze utrzymywał moje zainteresowanie na tym samym poziomie, ani przez moment nie straciłam ochoty śledzić losów głównych bohaterek. A to w dużej mierze zasługa właśnie aktorek, które udowodniły, że dobrze napisane postacie potrafią przyciągać uwagę nawet wtedy, gdy sama fabuła na chwilę zwalnia.

Czy ten tytuł spełnił moje oczekiwania? I tak, i nie. Liczyłam na bardziej klasyczny thriller kryminalny, tymczasem otrzymałam przede wszystkim psychologiczny dramat o ludziach naznaczonych traumą. Nie wszystkie decyzje twórców w pełni do mnie trafiły, a z biegiem czasu historia momentami traciła tempo i nie angażowała mnie już tak mocno, jak na początku. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to produkcja dopracowana, świetnie zagrana i mająca coś do powiedzenia.
Doceniam również, że serial nie epatuje przemocą dla samego szoku. Owszem, temat przemocy fizycznej i seksualnej wobec kobiet jest obecny praktycznie przez cały serial, ale twórców znacznie bardziej interesują jego długofalowe konsekwencje niż same brutalne wydarzenia. Zamiast skupiać się na kolejnych ofiarach, pokazują, jak takie doświadczenia potrafią ukształtować człowieka i wpływać na jego późniejsze wybory. To właśnie ten aspekt, obok znakomitych kreacji Emmy Rossum i Loli Petticrew, uważam za najmocniejszy element całej produkcji.
„Obsesja” nie jest serialem, który zrewolucjonizuje gatunek ani nie zaskoczy fabularnymi fajerwerkami. Jeśli jednak szukacie historii stawiającej bardziej na psychologię postaci niż samo śledztwo, a przy okazji poruszającej ważny i wciąż aktualny temat przemocy wobec kobiet, zdecydowanie warto dać mu szansę. Ja sama, mimo kilku zastrzeżeń, nie żałuję czasu spędzonego z tą produkcją. To nie był serial, który mnie zachwycił, ale z pewnością taki, który skłonił do refleksji.
Dziękujemy Disney+ za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

