Recenzje serialiWspółpraca

Wonder Man (Opinia bezspoilerowa)

Wonder Man” nie jest serialem MCU, na który szczególnie czekałem. Bohater nigdy nie wzbudził mojej sympatii, ilekroć dawałem szansę komiksom, sama koncepcja serialu na tym etapie budowania większego konfliktu prowadzącego do kolejnych „Avengers” zupełnie mnie nie przyciągała, a promocja była na tyle niemrawa, że trudno było poczuć jakiekolwiek zainteresowanie. Dzięki uprzejmości Disney+ mogłem zapoznać się z produkcją wcześniej i cóż… powiedzieć, że się rozczarowałem, to jak nic nie powiedzieć.

Pozytywnie zaskoczyła mnie fabuła. Zaczyna się dość niewinnie i prosto. Główny bohater, czyli tytułowy Wonder Man, Simon Williams, próbuje swoich sił jako aktor, jednak jego rola w największym dotychczas projekcie zostaje wycofana. Zostaje więc z niczym i próbuje na nowo poukładać sobie życie. Na swojej drodze spotyka Trevora Slattery’ego, niedoszłego Mandaryna z „Iron Man 3”, który pomaga mu rozwinąć karierę. I tu pojawia się całkiem fajny zwrot fabularny, bo historia ma drugie dno poza nieoczywistym zestawieniem postaci o zupełnie innych charakterach. Williams posiada bowiem nadprzyrodzone zdolności, o których wie rząd. Ten uznaje go za skrajnie niebezpiecznego dla społeczeństwa i chce zebrać dowody, by móc zamknąć go w więzieniu i w tym celu wykorzystują Trevora.

W ten sposób startuje całkiem interesująca opowieść, która już na samym początku daje potencjał na poszerzenie horyzontów MCU. Można tu dać drugą szansę Mandarynowi, w którym nadal widzę spory potencjał do namieszania, wprowadzić kolejnego mutanta do uniwersum, którzy zaczynają odgrywać coraz większą rolę, a także sięgnąć po motyw więzienia z naciskiem na mutantów jako punkt wyjścia dla historii po „Avengers”. Niestety na tym etapie serial zaczyna się wyraźnie wykładać. Motyw superbohaterski i mutancki jest bardzo płaski, a sam problem zostaje ledwie muśnięty albo wręcz w ogóle nie istnieje. Do szóstego odcinka na palcach jednej ręki można policzyć sceny, w których Simon używa swoich mocy, a za każdym razem reakcje otoczenia są absurdalnie płytkie. Bohaterowie są zszokowani, nikt jednak o nic nie pyta, po chwili wszyscy zachowują się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nawet Trevor, którego zadaniem miało być zdobywanie dowodów, zupełnie nie wnika w sytuację i realnie nic z nią nie robi. Owszem, dostaje kilka poleceń, ale trudno uznać je za coś, co faktycznie pcha fabułę do przodu, bo mało co z tego wynika w efekcie końcowym (co też przekłada się na stopień napięcia, czy jego brak).

fot. Disney+

Motyw budowania wizerunku Wonder Mana jako bohatera praktycznie nie istnieje. Przez cały serial nie porusza się jego genezy ani relacji ze społeczeństwem. Na tej podstawie trudno nawet jednoznacznie określać Simona jako mutanta, choć z komiksów wiemy, że nim jest. Samo słowo „mutant” nie pada ani razu i wszystko trzeba sobie dopowiadać między wierszami. Pełnoprawny wątek superbohaterski pojawia się dopiero w ostatnim odcinku i nie sposób pozbyć się wrażenia, że został dorzucony na siłę. Jakby twórcy nagle sobie o nim przypomnieli i postanowili zakończyć serial z hukiem. Efekt wizualny jest, bo dostajemy kilka scen akcji, które wyglądają dobrze a bohater może „coś” pokazać, ale fabularnie kompletnie się to nie broni. Nagle mamy uwierzyć, że Simon perfekcyjnie panuje nad swoimi zdolnościami, choć wcześniej nic na to nie wskazywało. Nagle ma też wyraźny kodeks moralny, mimo że jego reakcje przez cały serial raczej temu przeczyły. Najgorsza jest jednak ostatnia scena, która zostawia historię otwartą i bez jasno wytyczonego kierunku. Po napisach końcowych można tylko rozłożyć ręce i drapać się po głowie, zastanawiając się, co właściwie dalej. Nie widzę tu żadnego sensownego punktu zaczepnego dla bohatera, a serial w warstwie superbohaterskiej wnosi do MCU praktycznie zerową wartość. Na ten moment można go traktować co najwyżej jako luźną ciekawostkę, bo wprowadzenie Wonder Mana w innym projekcie dałoby podobny efekt (a może nawet i lepszy?).

Trochę ponarzekałem na fabułę, ale to nie znaczy, że serial oglądało mi się źle. Wręcz przeciwnie, jako obyczajówka sprawdza się całkiem dobrze. Ma luźny, humorystyczny ton i oferuje świetną chemię między Simonem a Trevorem. Ich relacja z czasem przeradza się w autentyczną kumplowską więź, a Yahya Abdul Mateen II i Ben Kingsley bardzo dobrze oddają intensywność oraz emocje między swoimi postaciami. Potrafią wydobyć z tej relacji to, co najważniejsze, i pokazać, że wpływa ona na obu bohaterów, choć szczególnie na Trevora. Daje mu to szansę na swoistą rehabilitację w oczach społeczeństwa, które najwyraźniej zapomniało, że Mandaryn był tylko jedną z jego ról.

fot. Disney+

Z przyjemnością oglądało się też wątki rodzinne Simona. Jeden z odcinków pokazujący urodziny jego matki bardzo dobrze oddaje napiętą atmosferę i trudne relacje w rodzinie. Ten fragment sporo tłumaczy, jeśli chodzi o osobowość bohatera i jego problem z panowaniem nad emocjami. Jednocześnie był to ciepły moment o bliskości i przywiązaniu, będący miłym ukłonem w stronę amerykańskiego modelu rodziny, często obecnego w kinie. Wątek jest ważny jako studium postaci, które w zestawieniu z relacją Trevora jest głęboką psychoanalizą obu Panów przez pryzmat aktorski – coś, czego do tej pory nikt nie wykonał w klimatach superbohaterskich (a przynajmniej w taki sposób). Ciekawie wypada również wątek castingowy do nowej interpretacji Wonder Mana. Proces jest długi i zawiły, angażuje wiele postaci, a same sceny castingów pozwalają docenić warsztat aktorski, szczególnie Simona i Trevora, którzy bawią się emocjami i formą. Szkoda tylko, że ten wątek jest wyraźnie przeciągnięty i zawiera kilka naciąganych zwrotów akcji. Decyzyjne osoby później zdają się zapominać o wszystkim, co się wydarzyło, a trudno uwierzyć, by ktoś naprawdę przymykał oko na takie sytuacje. Problemem obu wątków obyczajowych jest też ich kulminacja. Ciągną się tak długo, że łatwo ją przeoczyć, bo brakuje wyraźnej linii prowadzącej do konkretnego przekazu.

Od strony audiowizualnej serial prezentuje się przyzwoicie. Kamera pracuje solidnie, ujęcia są estetyczne, efekty specjalne wypadają wiarygodnie, choć nie było tu większych wyzwań, więc trudno mówić o imponującym rozmachu. Muzyka dobrze komponuje się ze scenami i buduje spójną całość. Aktorsko również jest na dobrym poziomie. Yahya Abdul Mateen II wyciąga z roli Simona wszystko, co najważniejsze, potrafi być jednocześnie twardy, pewny siebie i zdeterminowany, a chwilę później emocjonalnie rozchwiany i impulsywny. Ben Kingsley natomiast po raz kolejny pokazuje klasę, wyraźnie bawiąc się swoją rolą. Płynnie przechodzi od chłodnych, niemal gangsterskich tonów do czysto komediowych momentów, w których wypada najlepiej, bo doskonale czuje granicę przerysowania i świetnie dopasowuje się do otoczenia.

Dziękujemy Disney+ za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.