Recenzje serialiWspółpraca

Makabreska (Opinia bezspoilerowa)

Z mroczniejszymi w klimatach serialami od twórcy „American Horror Story” jestem na bieżąco, więc tylko kwestią czasu było aż sięgnę po ostatnią na mojej liście do obejrzenia „Makabreskę”. Fabuła i zwiastun przykuły moją uwagę od początku. Zapowiadało się naprawdę interesująco, ale czy ostatecznie faktycznie tak wyszło?

Makabreska” przedstawia historię serii tajemniczych i brutalnych zbrodni, które wstrząsają społecznością i wymuszają interwencję władz. Detektyw Lois Tryon, przemęczona pracą, uzależniona od alkoholu i obciążona osobistymi problemami, próbuje rozwikłać sprawę, choć jej własne życie powoli się rozpada. Towarzyszy jej w tym siostra Meghan Duval, zakonnica i dziennikarka, która stara się nadać wydarzeniom sens duchowy, jednak religia okazuje się niewystarczającym wsparciem wobec narastającego chaosu. Zbrodnie mają charakter rytualny i symboliczny a granice między rzeczywistością a tym co nierealne zaczynają się zacierać. To schemat, który przywołuje skojarzenia z wieloma sezonami „American Horror Story”, gdzie przemoc oraz tajemnica stanowiły siłę narracji. Różnica polega jednak na tym, że Murphy tym razem konsekwentnie wygasza dramaturgię. Zbrodnie bardzo szybko przestają być zagadką a zaczynają funkcjonować jako symptomy świata, w którym jak zauważają bohaterowie zanika empatia. Makabra natomiast staje się codziennością.

fot. FX

Murphy od lat wykorzystuje motywy wiary, grzechu i zbawienia. W serii „AHS” przybierała różne formy: od bycia opresyjną siłą („Asylum”), źródłem fanatyzmu („Cult”), polem walki między dobrem a złem („Apocalypse”). Zdeformowana, ale obecna. W jakiś sposób manifestująca swoją siłę. Dla odmiany w „Makabresce” wiara jest jak wydmuszka. Co doskonale uosabia siostra Meghan. Trafnie określona przez detektyw Tryon jako mieszanka bohaterki z bajek Disneya i sekty Mansona. Nie ma w niej obsesji na punkcie grzechu ani mesjanistycznego przekonania o własnej misji. Jej fascynacja zbrodnią i mordercami uświadamia jak bardzo nie pasuje do swojej roli usilnie starając się wpasować i pozostawić przeszłość za sobą. Jej wiara jest wypalona, sprowadzona do zestawu gestów, rytuałów i języka, który nie prowadzi do żadnej przemiany. Równie sprzeczny w swoich działaniach i przekonaniach jest ksiądz Charlie. Postać zagrana dobrze a jednocześnie kontrowersyjna, co nie powinno dziwić nikogo zaznajomionego już z twórczością Murphy’ego.

Obsada drugoplanowa w „Makabresce” jest zróżnicowana i momentami wyraźnie ratuje serial, gdy jego narracja staje się powolna. Postać grana przez Lesley Manville, przyciąga uwagę swoją wyrazistością i subtelnym balansowaniem między groteską a grozą. W scenach, w których się pojawia, napięcie zyskuje nowy wymiar a zwykłe interakcje potęgują uczucie dyskomfortu. Natomiast Merritt Tryon, córka Lois, grana przez Raven Goodwin staje się w serialu ważnym emocjonalnym kontrapunktem do mrocznej i pełnej przemocy rzeczywistości. Uosabia rzeczywistość od której Lois tak uparcie chce uciec, sięgając po alkohol. Momentami konfrontacje matki z córką okazywały się równie przejmujące co groza z jaką detektyw mierzyła się na co dzień. W „Makabresce” dom jest martwy, bo i takie są relacje między domownikami. Nie straszy, nie prowokuje jak w innych produkcjach Murphy’ego, po prostu nie daje schronienia czy ukojenia. Jednocześnie miałam poczucie zmarnowanego potencjału w ich przypadku. To uczucie uderza równie mocno w momencie plot twistu, przez który serial przestał mnie interesować. Bardzo chętnie towarzyszyłabym zakonnicy i zmęczonej życiem Tryon do samego końca, jednak Murphy miał inny plan. Od tego momentu, z mojej perspektywy, zwyczajnie jest nudno. Owszem wcześniej było trochę powtarzalnie gdy odkrywaliśmy kolejne zbrodnie, ale nie można im odmówić kreatywności. Choć o dziwo niejednokrotnie to co najbardziej wstrząsające pozostawiono wyobraźni widza.

fot. FX

Klimat serialu jest niepokojąco duszny. Dominują stonowane barwy, chłodne światło i statyczne kadry, które podkreślają izolację bohaterów oraz emocjonalny dystans między nimi. Kamera często pozostaje w pewnym oddaleniu, jakby obserwowała wydarzenia bez ingerencji, co wzmacnia wrażenie analizy zamiast emocjonalnego zaangażowania. Zdaje się jakby ten zabieg miał odzwierciedlać stopniowo ulatującą z detektyw Tryon nadzieję i cierpliwość. Z czym się zdecydowanie w czasie seansu utożsamiałam. Tempo narracji bywa powolne, dając przestrzeń do przemyśleń, ale jest to momentami frustrujące jakby celowo odwlekano moment kulminacyjny. Przez co Murphy zmusza widza do trwania w napięciu i oczekiwaniu. Ze wszystkich jego seriali jakie widziałam do tej pory „Makabreska” jest w moim odczuciu najbardziej nierówna. Nie rozczarowująca, bardziej jak niedopracowana. Zakończenie natomiast nie oferuje jednoznacznych odpowiedzi ani klasycznego domknięcia. Murphy w tym przypadku bardziej diagnozuje niż opowiada, bardziej oskarża niż tłumaczy. Nie otrzymujemy jednoznacznych odpowiedzi, bo groza tak naprawdę nie ma końca. Jeśli oczekujecie czegoś co już znacie pod względem wizualnym czy formy, możecie się zdziwić. „Makabreska” nie wyróżnia się na tle innych tytułów Murphy’ego w żaden sposób, ale jednocześnie nie określiłabym tego serialu jako strata czasu. Raczej mogłoby być ciekawiej.

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.