Legends of Tomorrow: Sezony 4-5 (Opinia spoilerowa)
Zafundowałem sobie potężny maraton z czwartym i piątym sezonem „Legends of Tomorrow” i muszę Wam powiedzieć, że ta ekipa całkowicie zerwała się ze smyczy. O ile początki tego serialu bywały różne, tak w tych dwóch sezonach twórcy z pełną świadomością weszli w totalny absurd, mieszankę gatunkową i nieskrępowaną rozrywkę, udowadniając, że w ramach obranej konwencji nie ma dla nich żadnych granic.
Czwarty sezon dostał niesamowitego kopa energetycznego z jednego prostego powodu – John Constantine stał się stałym członkiem ekipy. Matt Ryan w tej roli to jest absolutne mistrzostwo świata, a jego mroczny, cyniczny John genialnie kontrastował z resztą tych pozytywnych wariatów, generując masę potężnie zabawnych scen i ostrych tekstów. Wprowadzenie magii i anomalii historycznych okazało się zresztą fabularnym strzałem w dziesiątkę. Twórcy otworzyli puszkę Pandory bez dna, którą perfekcyjnie wykorzystywali zarówno w pojedynczych odcinkach, jak i przy budowaniu większego zagrożenia. Dostałem tu dosłownie wszystko: od morderczego jednorożca, który rzygał tęczą na swoje ofiary, przez wilkołaka szalejącego na ringu lucha libre, aż po genialny odcinek w formie młodzieżowego horroru na obozie, który z miejsca stał się jednym z moich ulubionych. Ekipa bezczelnie bawiła się formą, wjeżdżając chociażby w bollywoodzki musical i szukając tak niekonwencjonalnych sposobów rozwiązywania problemów za pomocą magii, że aż miło było patrzeć, jak Constantine błyszczy kreatywnością.

Co najważniejsze, ten serial wciąż stoi genialnie napisanymi bohaterami. To jest po prostu paczka kumpli z prawdziwego zdarzenia, z którymi człowiek chce spędzać czas. Każdy dostał tu swoje osobiste, emocjonalne wątki, które pchały relacje do przodu i potrafiły wycisnąć z widza całą paletę uczuć – od szczerego uśmiechu po łzy wzruszenia. Rozczulający motyw Nate’a z ojcem, świetnie rozpisany romans Nate’a i Zari, czy niespodziewana kariera Micka jako pisarza romansów – to wszystko działało bez zarzutu. Nawet wątek Biura Czasu, który mógł być nudnym zapychaczem tła, rozpisano z głową, a całości dopełniły piękne kostiumy i świetne odwzorowanie historycznych epok. Żeby jednak nie było tak idealnie, czwarta seria zaliczyła potężną glebę na finiszu. Główne zagrożenie wprowadzono stanowczo za późno i rozpisano je na tak grubym kolanie, że wspomniany tęczowy jednorożec z pierwszego odcinka budził większy respekt. No i Gary z Moną. Boże, jak oni mnie irytowali! Mona swoim całokształtem wywoływała u mnie taki zgrzyt zębów, że autentycznie miałem ochotę przewijać sceny z jej udziałem.
Na całe szczęście w piątym sezonie scenarzyści poszli po rozum do głowy i zrobili z tym porządek. Monę słusznie zesłano na daleki plan, a na Gary’ego znaleziono wreszcie sensowny pomysł, dzięki czemu zyskał na użyteczności i przestał wkurzać (uczeń Constantine, super pomysł dla obu postaci!). Ta czystka dała przestrzeń na genialny ruch, jakim był wątek ojcowski Micka. Zrobienie z tego twardego zakapiora tatusia to był strzał w dziesiątkę, który pięknie przełamał jego skorupę i dodał serialowi dojrzałego, bardzo pouczającego tonu. Piąty sezon przyniósł też absolutne apogeum genialnych odcinków koncepcyjnych i bezczelnego łamania czwartej ściany. Epizod „The One Where We’re Trapped on TV”, gdzie bohaterowie lądują uwięzieni w światach będących parodiami „Przyjaciół”, „Star Treka” i „Downton Abbey”, to jest absolutny popkulturowy majstersztyk, przy którym bawiłem się jak dzieciak. Pierwsza połowa sezonu z polowaniem na „Encores”, czyli historycznych złoczyńców z piekła typu Rasputin, Maria Antonina czy Czyngis-chan, dała też potężne pole do popisu dla świetnego, czarnego humoru.

Aktorsko i fabularnie piąta seria to był po prostu kosmos, głównie za sprawą Tali Ashe. Dziewczyna zebrała w pełni zasłużone brawa, bo wykreowanie zupełnie nowej wersji Zari: wyluzowanej, powierzchownej influencerki z social mediów – wyszło jej perfekcyjnie. Z kolei jej emocjonalne spotkania z pierwotną, hakerską wersją siebie z poprzednich linii czasowych były najjaśniejszym punktem sezonu. Świetnym kontrastem dla tej całej komediowej zgrywy okazał się mroczny, bardzo osobisty wątek Constantine’a. Jego brutalna walka z rakiem płuc, toksyczna relacja z Astrą w piekle i próby odkupienia dawnych win dodały tej szalonej historii niesamowitej głębi i powagi tam, gdzie było to najbardziej potrzebne. Jakby tego było mało, dostaliśmy odcinek „Romeo v Juliet: Dawn of Justness”. I o rany, co to był za gigantyczny wyciskacz łez. Pożegnanie Palmera i jego żony z drużyną to prawdopodobnie jeden z najbardziej poruszających, szczerych i najlepiej napisanych epizodów w całym Arrowverse. Ryczałem jak bóbr.
Szkoda tylko, że finałowa prosta piątego sezonu znowu trochę ssała. Przejście od genialnego motywu potępionych dusz z piekła do mitologii greckiej i walki z Mojrami okazało się totalnym rozczarowaniem. Lachesis i Atropos wyszły jako kompletnie bezbarwne antagonistki, a cała ta końcowa intryga z Tkacką Przeznaczenia była strasznie chaotyczna, przewidywalna i zwyczajnie wyprana z tych unikalnych emocji, które serial budował wcześniej. Zupełnie nie czuło się wyzwania, zagrożenia, w przeciwieństwie do dotychczasowych wyzwań. A szkoda, bo stawka teoretycznie była wielka, ale tylko na papierze…
Dziękujemy Netflix za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst

