Vox Machina: Sezon 4 (Opinia spoilerowa)
O rany, nowy sezon przygód Vox Machiny za mną i muszę Wam powiedzieć, że twórcy zaserwowali nam tak potężny emocjonalny rollercoaster, że do teraz zbieram szczękę z podłogi. Stawka wskoczyła na kosmiczny poziom, a do fabuły wjechała dojrzałość, jakiej w tym serialu jeszcze nie grali, choć tradycyjnie nie obyło się bez kilku irytujących zgrzytów i fabularnych mielizn.
Zacznijmy od absolutnej bomby, czyli przełomowego wątku Scanlana. Jego dramatyczne odejście z drużyny na samym początku sezonu to był czysty majstersztyk. Sam Riegel zaliczył tu genialny popis gry głosowej, wprowadzając do serialu niespotykany dotąd, bolesny i cholernie głęboki ton. Konfrontacja Scanlana z resztą ekipy, gdzie rzucił im w twarz masę mądrych przemysleń o swojej roli w grupie, pokazała nie tylko jego ból, ale też potężną niezależność. Siła jego argumentów była tak trafna, że nikt nie był w stanie tego podważyć. Rewelacyjnie wypadło też jego starcie z Pike, gdzie wreszcie pokazano, co tak naprawdę łączy i dzieli tę dwójkę i to mimo faktu, że wcześniejsze sezony dość słabo zarysowały ich relację. Jedyny minus jest taki, że po tym wszystkim Scanlana przez resztę sezonu właściwie nie ma na ekranie, co zostawia spory niedosyt.

Na całe szczęście lukę po nim idealnie załatał Taryon Darrington wraz ze swoim mechanicznym ziomkiem Dotym. Choć początek z nim był mega ciężkostrawny: gość potężnie irytował, wnosił mało do fabuły, a jego wątek rozkręcał się na tyle wolno, że zdążyłem nabrać do niego sporego sceptycyzmu to ostatecznie jego transformacja siadła idealnie. Zmiana z bogatego, nieznośnego narcyza w bohatera, którego po prostu nie da się nie lubić, wzniosła mnóstwo świeżej energii do tej mocno zgorzkniałej grupy.
Wizualnie i fabularnie ten sezon to także wielkie, epickie zwieńczenie drogi Keyleth. Sceny, w których kończy próby Aramenté i oficjalnie zostaje przywódczynią swojego ludu, to jedne z najpiękniejszych i najbardziej epickich momentów w historii całego serialu. Jej postać niesamowicie urosła, a sekwencje walk z jej udziałem pod kątem choreografii i oprawy wizualnej to był absolutny kosmos. Ogromna w tym zasługa studia Titmouse, które po raz kolejny podniosło poprzeczkę: starcia są dynamiczne, brutalne, krwawe i pełne niesamowicie kreatywnego wykorzystania magii.
Prawdziwy majstersztyk dostaliśmy jednak w drugiej połowie sezonu, gdzie klimat zaczął gęstnieć pod nadejście Szeptanego. Ten wątek przyniósł gigantyczne odświeżenie, pokazując prawdziwe dramaty i pragnienia drugiej strony barykady. Sama kulminacja i walka z tym złym do szpiku kości gościem była wyczerpująca, bezwzględna i wyprana z jakiejkolwiek litości. Żniwo było ogromne, a cała intryga kapitalnie rozbudowała świat, wciągając w to wszystko motywy wieloświata i bezpośrednie starcie z bóstwami, co kosmicznie podbiło stawkę całej opowieści, nie popadając przy tym w oklepane schematy.

Przez to, że najwięcej czasu ekranowego zgarnęli Keyleth, Vax i Taryon, ucierpiała na tym reszta ferajny. Grog, Pike i Percy zostali potraktowani trochę po macoszemu, służąc momentami za zwykłe mięso armatnie i wsparcie bojowe w scenach akcji. Co prawda Grog i Pike dostali w pewnym momencie motyw rodzinnej tragedii, ale wciśnięto go tak pospiesznie, że zupełnie zabrakło czasu na zbudowanie porządnej dramaturgii. Przez to nagłe, chwilowe przejście Pike na ciemną stronę mocy kompletnie nie wybrzmiało. Stało się to za szybko i bez większego złamania jej wewnętrznych wartości. Choć trzeba oddać, że sam motyw fajnie odświeżył jej postać, pokazał jej pełen potencjał bojowy, a jej pojedynek z resztą Vox Machiny miał ogromne znaczenie dla dynamiki starcia.
Kolejny stały grzech tej produkcji to nieszczęsne tempo. Upchnięcie wielogodzinnych, potężnych wątków z RPG w zaledwie 12 krótkich odcinkach sprawiło, że historia znowu nie miała czasu pooddychać. Pacing w tym sezonie był wręcz dziwaczny: początek ciągnął się niemiłosiernie i ciężko było w ogóle poczuć, że bohaterowie mierzą się z jakimś realnym zagrożeniem, a jak już akcja ruszyła z kopyta, to wjechali na taki hyper-speed, że wszystko działo się naraz, a sojusze i podróże klikały się w ułamku sekundy.
No i na koniec mój największy ból, czyli bezczelnie nadużywany plot armor głównych bohaterów. Po raz kolejny dostajemy walki, z których postacie wychodzą cało, nawet gdy ich los wydaje się absolutnie przesądzony. Śmierć Groga była zaaranżowana genialnie, wywołała masę emocji, ale co z tego, skoro dwa odcinki później twórcy odkręcili kota ogonem i chłop jak gdyby nigdy nic wrócił do żywych? Taki tani chwyt sprawia, że w mojej głowie zapala się czerwona lampka ostrzegawcza odnośnie ważnej śmierci z samego finału sezonu. Człowiek zaczyna się po prostu zastanawiać, czy w kolejnej serii scenarzyści znowu nie zrobią nas w balona i nie zepsują całego dramatyzmu kolejnym cudownym zmartwychwstaniem.

