Godzina zero (Opinia bezspoilerowa)
Agatha Christie pozostaje dla mnie niekwestionowaną królową kryminału i raczej nic już tego statusu nie podważy. Niby jej powieści często opierają się na dość prostych założeniach: zamknięta przestrzeń, grupa podejrzanych, trup w najmniej odpowiednim momencie i ktoś, kto z gracją rozplątuje cały ten bałagan. A jednak Christie miała niezwykły talent do tworzenia intryg, które tylko z pozoru wydawały się klasyczne. Pod elegancką fasadą angielskich salonów, filiżanek herbaty i ludzi mówiących do siebie z przesadną uprzejmością zawsze czaiło się coś wyjątkowo nieprzyjemnego. Do dziś imponuje mi też to, jak wielu bohaterów wykreowała i ilu z nich na stałe weszło do popkulturowego kanonu. Bo choć Hercule Poirot i panna Marple od lat kradną całe zainteresowanie, to siła Christie zawsze tkwiła nie tylko w detektywach, ale też w ludziach, których wrzucała do jednego pokoju i pozwalała im się nawzajem pożerać z klasą.

Nie będę więc udawać chłodnego obserwatora – do ekranizacji jej twórczości zawsze podchodzę emocjonalnie. Ale jednocześnie nie należę do grona widzów, którzy dostają wysypki na samą myśl o zmianach względem książki. Nie potrzebuję adaptacji odtworzonej scena po scenie, jakby ktoś po prostu przepisał powieść do formatu telewizyjnego i jeszcze był z siebie bardzo zadowolony. Jeśli twórcy naprawdę wiedzą, co robią, potrafią dodać coś od siebie i jednocześnie nie traktują materiału źródłowego jak dekoracji z second-handu, jestem jak najbardziej za. Kiedy więc BBC ogłosiło kolejną adaptację, nie oczekiwałam oczywiście, że dostaniemy coś na poziomie „I nie było już nikogo”, bo takie rzeczy nie zdarzają się codziennie, a telewizja też ma swoje ograniczenia, ambicje i dziwne pomysły. Liczyłam jednak przynajmniej na coś przyzwoitego, może nawet całkiem przyjemnego w odbiorze, jak „Śledztwo na cztery ręce” czy „Morderstwo to nic trudnego”, produkcje może nie wybitne, ale przynajmniej świadome własnej konwencji i tego, po co właściwie powstały. I jasne rozumiem zabawę formą. Rozumiem, że twórcy chcą dziś przetwarzać Christie, przesuwać akcenty, unowocześniać emocje, dopisywać podteksty i od czasu do czasu udawać, że właśnie odkryli psychologię. Trudno zresztą mieć im to za złe, skoro ekranizacje jej twórczości powstają z taką regularnością, jakby brytyjska telewizja miała ustawowy obowiązek wypuszczać przynajmniej jednego trupa rocznie w eleganckim wnętrzu. I może rzeczywiście oglądanie w kółko dokładnie tej samej historii, opowiedzianej identycznie jak sto razy wcześniej, byłoby już zwyczajnie bez sensu. Problem w tym, że „Godzina zero” nie znajduje złotego środka między świeżością a wiernością materiałowi. Zamiast intrygującej reinterpretacji dostajemy serial, który momentami sprawia wrażenie, jakby sam nie do końca wiedział, czym chce być: klasycznym kryminałem, dramatem psychologicznym czy może po prostu kolejną bardzo stylową, ale zaskakująco pustą telewizyjną wydmuszką. I muszę przyznać, że rozczarował mnie bardziej, niż się spodziewałam, bo poza kilkoma udanymi elementami naprawdę trudno było mi znaleźć tu coś, co autentycznie wciąga. Co gorsza, serial okazał się po prostu nudny w oglądaniu, a to przy Christie powinno być jednak traktowane niemal jak obraza.

Ale po kolei. Fabuła „Godziny zero” startuje bardzo obiecująco i dość klasycznie, czyli dokładnie tak, jak Agatha Christie lubiła najbardziej. Po głośnym rozwodzie Nevile Strange wraz ze swoją nową żoną przyjeżdża na lato do rodzinnego Gull’s Point gdzie w tym czasie urlop spędza również jego była żona, Audrey bo najwyraźniej uznał, że wspólne wakacje z obecną i eks w jednym domu to doskonały pomysł i na pewno nie skończy się emocjonalną katastrofą. Reszta jest już dokładnie taka, jakiej można się spodziewać po świecie Christie: stare urazy, rodzinne napięcia, sekrety z przeszłości, niedopowiedziane relacje i oczywiście morderstwo, bez którego ten cały towarzyski eksperyment nie miałby przecież odpowiednio dramatycznej oprawy. Nie będę tu owijać w bawełnę, to jest po prostu źle napisany serial. I to aż momentami imponująco źle, bo naprawdę trzeba się postarać, żeby mając na tacy materiał od Agathy Christie, tak skutecznie rozbroić wszystko, co w nim działało. Mówimy przecież o autorce, która potrafiła z kilku spojrzeń przy stole, jednego niezręcznego komentarza i źle schowanego listu zbudować napięcie większe niż połowa współczesnych thrillerów. A tutaj? Tutaj wszystko leży. Nie działa ani sama intryga, ani sposób jej prowadzenia, ani – co chyba najgorsze -bohaterowie, którzy w tej wersji są boleśnie nijacy, źle rozpisani i pozbawieni jakiegokolwiek emocjonalnego ciężaru. A przecież u Christie to właśnie ludzie są zawsze najważniejsi. To nie tylko pytanie „kto zabił?”, ale też „dlaczego ci wszyscy ludzie są aż tak dziwni, toksyczni i podejrzani?”. W „Godzinie zero” ten kluczowy element praktycznie nie istnieje. Postacie niby mają sekrety, niby mają przeszłość, niby coś między nimi buzowało ale na ekranie wszystko to sprawia wrażenie kompletnie martwego. I właśnie dlatego serial tak bardzo się ciągnie. Nie ma tu napięcia, nie ma dynamiki, nie ma poczucia, że coś naprawdę wisi w powietrzu. Zamiast gęstej atmosfery dostajemy kolejne sceny ludzi, którzy patrzą na siebie znacząco, ale niestety niewiele z tego wynika. To jeden z tych przypadków, kiedy fabularnie teoretycznie wszystko się zgadza, ale emocjonalnie nie działa absolutnie nic.

Największy problem polega na tym, że ten serial kompletnie nie umie sprzedać swoich bohaterów, a bez tego u Christie wszystko po prostu się rozsypuje. Zamiast pełnego napięcia, emocji i niedopowiedzeń trójkąta miłosnego, który powinien napędzać całą historię, dostajemy tu trójkę nijakich, emocjonalnie wyłączonych manekinów, którzy snują się po ekranie z minami ludzi czekających na autobus, a nie na katastrofę, którą sami sobie zorganizowali. A potem jest już tylko lepiej. Mamy prawnika, który istnieje chyba głównie dlatego, że ktoś musiał założyć garnitur, wiecznie sfrustrowaną damę do towarzystwa, dwóch facetów o energii „zaraz wydarzy się coś bardzo niepokojącego” i całą resztę postaci, które teoretycznie powinny wnosić do tej historii napięcie, tajemnicę albo choćby odrobinę charakteru. W praktyce większość z nich sprawia wrażenie, jakby została napisana na pięć minut przed wejściem na plan. I jeszcze ten największy grzech: brak nadinspektora Battle’a. A to akurat postać, która naprawdę zasługuje na więcej miłości w ekranizacjach Agathy Christie. Zamiast niego dostajemy tutaj inspektora Leacha: człowieka tak przygaszonego, zapitego, zmęczonego życiem i przepełnionego dramatyzmem, że chwilami wygląda, jakby sam nie mógł uwierzyć, że musi brać udział w tej historii. I szczerze? Rozumiem go. Po dwóch odcinkach miałam dokładnie ten sam stan ducha.
I chyba najbardziej boli to, jak zmarnowano tutaj naprawdę porządną obsadę. Dawno nie widziałam serialu, który miałby do dyspozycji tylu solidnych aktorów, a jednocześnie robiłby z nimi tak niewiele. Anjelica Huston i Matthew Rhys ewidentnie próbują wycisnąć z tego materiału cokolwiek się da ale, jak to mówią, z pustego i Salomon nie naleje. A kiedy scenariusz nie daje postaciom życia, relacji ani sensownych emocji, nawet najlepsi aktorzy zaczynają wyglądać, jakby grali w półśnie.

Jeszcze bardziej szkoda mi reszty obsady, bo to naprawdę nie są przypadkowe nazwiska. I właśnie dlatego ten serial wypada tak frustrująco. Bo ja wiem, na co tych ludzi stać. Oliver Jackson-Cohen potrafi być magnetyczny, niepokojący i bardzo ekranowy. Mimi Keene jeszcze niedawno bez problemu przyciągała uwagę w „Sex Education”, a Ella Lily Hyland zdecydowanie ciekawiej wypadła choćby w „Black Doves”. Tutaj jednak wszyscy sprawiają wrażenie, jakby zostali wepchnięci w eleganckie kostiumy, ustawieni w ładnych wnętrzach i pozostawieni samym sobie z nadzieją, że może klimat zrobi resztę roboty. A prawda jest taka, że trudno oczekiwać od aktorów żeby zagrali postaci, których właściwie nie ma. Problem nie leży więc wyłącznie w wykonaniu, ale przede wszystkim w samym podejściu do materiału. Scenariusz Rachel Bennette jedne postacie wykastrował z charakteru, inne niemal całkowicie usunął, a część po prostu zastąpił nowymi rozwiązaniami, które nijak nie rekompensują strat. Tyle że Rachel Bennette nie jest Agathą Christie i ten serial niestety bardzo boleśnie to udowadnia. A Sam Yates jako reżyser nie sprawia wrażenia, jakby szczególnie wiedział, co zrobić z tą obsadą, żeby wydobyć z niej napięcie, energię czy choćby minimum chemii.
Jeśli jednak mam wskazać coś, co w „Godzinie zero” rzeczywiście działa, to będą to przede wszystkim zdjęcia autorstwa Laury Bellingham. Serial jest po prostu ładnie przedstawiony i momentami sprawia wrażenie, jakby warstwa wizualna desperacko próbowała uratować to, czego nie dowozi scenariusz. I trzeba przyznać, że chwilami naprawdę jej się to udaje, przynajmniej na poziomie nastroju. Najlepiej wypadają wszystkie te bardziej malarskie, spokojne ujęcia: ogród, klify, plaża, światło wpadające do wnętrz, elegancko skomponowane kadry, które próbują sprzedać atmosferę niepokoju i ukrytego napięcia. To wszystko wygląda bardzo przyzwoicie, czasem wręcz naprawdę stylowo. Problem polega tylko na tym, że obraz próbuje tu wykonać robotę za historię, postacie i emocje a nawet najładniejszy klif nie zbuduje sam z siebie dobrego kryminału. Ale tak, wizualnie ten serial naprawdę daje radę. Szkoda tylko, że tak rzadko idzie za tym coś więcej.
Ostatecznie „Godzina zero” to jedna z tych adaptacji Agathy Christie, które wyglądają znacznie lepiej, niż faktycznie działają. Serial jest zdecydowanie za długi i niepotrzebnie przeciągnięty, a jego największym problemem pozostaje to, że pod całą tą elegancką oprawą kryje się zaskakująco pusta fabuła. Brakuje tu napięcia, charakteru i emocji, które powinny nieść tę historię od początku do końca. I chyba właśnie to rozczarowuje najbardziej, bo kiedy nawet Agatha Christie zaczyna nużyć, to naprawdę coś poszło bardzo nie tak.
Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i treść.

