Zatruta (Opinia bezspoilerowa)
Jennifer Donnelly w powieści „Zatruta” sięga po jedną z najbardziej rozpoznawalnych baśni i pokazuje, że historia Królewny Śnieżki może opowiedzieć coś znacznie więcej niż tylko o złej królowej, zatrutym jabłku i księżniczce czekającej na ratunek. To mroczny, emocjonalny retelling o poszukiwaniu własnej siły, wychodzeniu spod wpływu innych osób i odkrywaniu, że największym przeciwnikiem często nie jest potwór stojący przed nami, ale strach, który nosimy w sobie. Właśnie dlatego ten tytuł z oferty wydawnictwa Zysk i S-ka tak bardzo do mnie trafił.
O czym jest „Zatruta”?
Sophie jest księżniczką i przyszłą królową Greenlands. Piękna, łagodna i przekonana, że powinna sprostać oczekiwaniom innych. Choć ma dobre serce i chce pomagać ludziom, sama zaczyna wierzyć – z powodu stałych docinek macochy – że dobroć oznacza słabość. Jej życie zmienia się, gdy zostaje uwikłana w intrygi dworu, a świat, który dotąd znała, okazuje się znacznie bardziej brutalny, niż mogła przypuszczać. Sophie musi zmierzyć się nie tylko z zagrożeniami ze strony otoczenia, ale również z własnymi lękami i przekonaniami, które przez lata ograniczały jej możliwości. To historia o księżniczce, która nie czeka, aż ktoś ją uratuje. Sama musi odnaleźć w sobie siłę, by walczyć o swoją przyszłość.

Co mi się podobało a co nie?
Sophie, która początkowo przypomina klasyczną baśniową księżniczkę – dobrą, naiwną i przekonaną, że każdy człowiek ma w sobie dobro. Z każdą kolejną stroną przechodzi jednak ogromną przemianę. Donnelly pokazuje ją jako dziewczynę uczącą się stawiać granice, podejmować własne decyzje i przestawać żyć wyłącznie dla oczekiwań innych. Myślę, że te momenty w których zaczyna walczyć o siebie to sceny, z jakimi szczególnie w czasie dorastania można się mocno utożsamiać. Chociaż w dorosłym życiu, jeśli ma się np. problem z asertywnością – jak najbardziej też. Satysfakcjonującym jest obserwowanie jak z biernej bohaterki, bierze los we własne ręce. Pod tym względem skojarzyła mi się trochę z księżniczką Yoną (kto czytał mangę wie o czym mówię).
Ciekawy jest też sam motyw przebudzenia bohaterki znany z baśni. Typowo kojarzył się ze szczęśliwym zakończeniem. Księżniczka ocalona – puśćcie napisy końcowe. Tutaj stanowi istotny etap – końca dawnego życia i walki o nowe, takie, jakiego chce Sophie. Musi przestać wierzyć w kłamstwa, które słyszała przez całe życie. Królowa Adelaide, Haakon i inni bohaterowie sprawiali, że zaczynała postrzegać swoją dobroć jako słabość. Tymczasem jej empatia i wrażliwość okazują się największymi zaletami. Prawdziwe „zatrucie” jakiego doświadczyła nie dotyczy więc tylko jej ciała, ale także sposobu myślenia i przekonań, które przez lata ją ograniczały.
Jennifer Donnelly zupełnie inaczej podchodzi do motywu siedmiu krasnoludków. Nie są oni jedynie zabawnymi pomocnikami znanymi z animacji Disneya, ale grupą postaci niosących własny bagaż, ale też różniących się charakterem i umiejętnościami. Jakob, Johann, Josef, Julius, Jeremias, Joost i Schatzi otrzymują konkretne role w świecie przedstawionym: każdy z nich zna się na innym fachu i każdy wnosi coś do podróży Sophie. Ich relacja z bohaterką jest jednym z cieplejszych elementów powieści, ponieważ pokazuje, że prawdziwe wsparcie nie zawsze wygląda tak jak się można spodziewać a osoby, od których je otrzymamy mogą nas pozytywnie zaskoczyć.


Największym problemem książki jest dla mnie tempo. Początek powieści bardzo szybko angażuje – poznajemy Sophie, jej relację z dworem, presję związaną z rolą księżniczki oraz pierwsze oznaki tego, że świat, w którym żyje, nie jest tak idealny. Na co dzień bohaterka widzi okrucieństwo królowej, co daje od razu czytelnikowi do zrozumienia, że nie ma do czynienia z lekką opowieścią. Po przełomowym momencie w życiu bohaterki, akcja momentami mocno zwalnia. Sama droga jaką przechodzi Sophie ma znaczenie dla jej przemiany, ale nie wszystkie fragmenty są równie angażujące. Trochę jakby autorka wykorzystała przestrzeń na to żeby bardziej wybrzmiało przesłanie niż żeby historia trzymała w napięciu.
Mamy też zmarnowany potencjał jeśli chodzi o w antagonistów Królowa Adelaide owszem, jest ciekawsza niż typowa baśniowa zła macocha, ponieważ nie jest przedstawiona wyłącznie jako osoba okrutna. Jej działania wynikają ze strachu, obsesji na punkcie władzy i manipulacji, której sama ulega. Podobnie książę Haakon, ten „idealny” stanowi uosobienie braku wsparcia na drodze Sophie, w przeciwieństwie do pojawiającego się potem Willa. Poza tym autorka zbyt często przypomina czytelnikowi, jaka jest „lekcja” tej historii. Bohaterka wielokrotnie zastanawia się nad tymi samymi kwestiami – czy jest wystarczająco silna, czy jej dobroć jest zaletą, czy słabością, czy może sama decydować o swoim życiu. Te refleksje są ważne, ale gdy pojawiają się zbyt często, nie wybrzmiewają moim zdaniem równie mocno.
Czy polecam „Zatrutą”?
Mimo tych kilku wad, tak. Jeżeli lubicie baśniowe retellingi, historie o silnych bohaterkach i książki, w których najważniejsza jest wewnętrzna przemiana postaci, Sophie prawdopodobnie przypadnie wam do gustu. To nie jest co prawda powieść naszpikowana akcją, ale bardziej emocjonalna podróż. „Zatruta” najlepiej działa jako opowieść o dojrzewaniu, odzyskiwaniu własnego głosu i wychodzeniu spod wpływu osób, które próbują nas sobie podporządkować. Po prostu ubrana w znane motywy. Myślę, że z tej książki wyszedłby w sumie ciekawy serial.
Dziękujemy Zysk i S-ka za egzemplarz. Wydawca nie miał wpływu na opinię.

