Spider-Man: Całkiem Nowy dzień (Opinia bezspoilerowa – Sebastian)
Spider-Man to od zawsze mój ulubiony bohater Marvela. Uwielbiam filmowe adaptacje, choć przyznaję bez bicia, że z Tomem Hollandem długo nie było mi w stu procentach po drodze. Jego Pajączek bywał zebraniem zbyt wielu różnych konwencji i mocno odbiegał od klasycznego wizerunku Petera Parkera. Przełom nastąpił przy „No Way Home”, a po seansie filmowego „Całkiem Nowego Dnia” zakochałem się w tej kreacji bez reszty! Dlaczego? Bo ten film dał mi absolutnie wszystko, za co uwielbiam tę postać.
Film kupił mnie bez reszty przez powrót do absolutnych korzeni i genialnie uziemiony klimat (czekałem na to)! Opowieść startuje kilka lat po wydarzeniach z „No Way Home”. Widzimy Petera zmagającego się z codzienną rutyną walki z przestępczością oraz z bolesnym obserwowaniem z ukrycia dawnych przyjaciół. Pajączek daje sobie potężny docisk fizyczny i psychiczny, co rzutuje na jego moce oraz mutację, wywołując narastający problem. Odejście od wielkich, kosmicznych spraw czy multiwersalnego chaosu na rzecz prostych, lokalnych problemów to był strzał w dziesiątkę. Dostajemy współpracę z policją, starcia z mniejszymi złoczyńcami i prawdziwego, przyjaznego Pajączka z sąsiedztwa. Wiele uroczych kadrów odzwierciedla tu konkretne okładki czy sceny prosto z komiksów. Peter jest wreszcie dojrzały, samodzielny, a przy tym zmaga się z do bólu ludzkimi problemami poszukiwania własnego miejsca i bliskości – prawdopodobnie to były moje ulubione fragmenty, ponieważ obserwowanie MJ i Neda przez Petera to swoisty wyciskach łez. Ciężko przejść obojętnie, kiedy serce kraje się na widok załamanego Pajączka, a późniejsze próby zmiany tego stanu rzeczy tylko dodawały historii głębi, ciepła. Jest to prawdopodobnie jest z najbardziej emocjonalnych aktorskich historii o Pajączku! Chemia Hollanda z obsadą i emocjonalny ciężar jego samotności sprawiają, że obok tej historii nie da się przejść obojętnie.

A skoro o chemii mowa… wjeżdża absolutna petarda, czyli Punisher w wykonaniu Jona Bernthala! Relacja Franka Castle’a i Petera to czyste złoto. Kontrast ich charakterów i podejścia do walki z przestępczością wypada na ekranie kapitalnie, dostarczając mnóstwa genialnych, komediowych akcentów w samym środku rozwalanki właściwie od pierwszej wspólnej sekwencji. Co najważniejsze, to nie jest tylko śmieszny duet, ale autentyczna, obustronna relacja, w której obaj bohaterowie potrzebują kogoś bliskiego i wspólnie ewoluują. Na osobną pochwałę zasługuje też casting Sadie Sink. Choć jej tożsamość łatwo było rozgryźć jeszcze przed premierą, dziewczyna wznosi tę rolę na wyżyny. Wątek moralny wokół jej postaci pozbawiony jest taniego podziału na „dobrych” i „złych”, nadając całej historii rewelacyjną, wielowarstwową głębię.
Sam motyw mutacji Petera i rozwój jego mocy poprowadzono wyjątkowo sensownie. Świetnie wpleciono w to postać Bruce’a Bannera. Mark Ruffalo wypada znakomicie i dostaje mocny krok naprzód dla swojej postaci w MCU. Wyczekiwana sekwencja akcji z Hulkiem powala choreografią (zachowanie Punishera na walkę z zielonym olbrzymem to absolutny hit!), choć lojalnie ostrzegam, by nie pompować balonika oczekiwań co do samych potwornych przemian Pajączka, bo można się lekko rozczarować. Daleko mi od osób, które narzekają na ostatni akt filmu z różnych powodów. Uważa go za najlepszy element, bo to właśnie tu mocniej popchnięto fabułę z postacią Sadie, dając wielowarstwowość historii z trudnym podziałem na „dobry” i „zły”. Właśnie w tym akcie są najlepsze momenty na linii Spide-Punisher, podobnie jest z MJ i Nadem, gdzie padają konkretne akcje wywolujące różne emocje i następstwa w filmie (fakt, tempo siada w tym akcie, ale w zamian za konkrente korzyści).

No i sekwencje akcji! Starcia wyglądają jak żywcem wyjęte z rewelacyjnych gier od Insomniac Games na PlayStation, które uwielbiam! Dynamiczne przejścia kamery, wyczuwalny rozwój doświadczenia Petera w walce i stricte „gameplayowy” vibe sprawiają, że chce się tego więcej i więcej. Holland wraz z ekipą doskonale czują materiał źródłowy. Pajączek jest na pełnych obrotach i nie tylko super się to ogląda pod kątem dobrej akcji, ale tego, jak ufabularyzowano całość.
W filmie pojawiło się mnóstwo znanych gęb, które niestety służą wyłącznie za absolutne tło. Postacie takie jak Boomerang, Tombstone czy cała organizacja Dłoni mignęły na ekranie i właściwie gdyby wyciąć ich z scenariusza, film niczego by nie stracił. A szkoda! To są wątki i złoczyńcy, wokół których można by zbudować całe osobne produkcje, więc marnowanie świetnych aktorów na kilkusekundowe epizody zostawia spory niedosyt.
Dziękujemy Helios za zaproszenie. Kino nie miało wpływu na opinię i tekst.

