Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty – Sezon 1 (Opinia bezspoilerowa)
Uniwersum „Star Treka” znowu się rozrasta. Tym razem twórcy postanowili zabrać nas do Akademii Gwiezdnej Floty i opowiedzieć historię w zdecydowanie bardziej młodzieżowym klimacie. I tu od razu pojawia się pytanie: czy taki pomysł w ogóle miał prawo się udać? A może skończyło się na próbie przypodobania się młodszej widowni kosztem tego, co fani kochają w „Star Treku”? No cóż… sprawdźmy.
„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” przenosi widzów do legendarnej Akademii Gwiezdnej Floty, gdzie grupa młodych kadetów rozpoczyna naukę, marząc o służbie w Federacji. Przed nimi wymagające szkolenia, pierwsze praktyczne misje oraz codzienne wyzwania związane z nauką, rywalizacją i budowaniem relacji z innymi studentami. To opowieść o dorastaniu, odkrywaniu własnego miejsca w świecie i nauce odpowiedzialności, osadzona w dobrze znanym uniwersum „Star Treka”.

Zacznijmy od samego pomysłu. Czy serial o Akademii Gwiezdnej Floty miał prawo się udać? Moim zdaniem… tak i nie. Z jednej strony to naprawdę ciekawy punkt wyjścia. Akademia od lat przewijała się w różnych odsłonach „Star Treka”, ale nigdy nie była głównym miejscem akcji. To także niezły sposób, by spróbować zainteresować uniwersum młodszych widzów. Tylko pojawia się jedno, dość istotne pytanie, ilu z nich faktycznie sięgnie po serial, który tak mocno osadzony jest w świecie mającym za sobą kilkadziesiąt lat historii?
I tu dochodzimy do mojego największego problemu. Twórcy próbują sprzedać „Akademię Gwiezdnej Floty” jako dobry punkt wejścia dla nowych fanów, ale jednocześnie mocno opierają się na wydarzeniach i postaciach znanych przede wszystkim z „Star Trek: Discovery”. Jasne, da się oglądać ten serial bez znajomości poprzednich produkcji, nie jest to przeszkoda nie do przeskoczenia. Problem w tym, że nowy widz co chwilę może mieć w głowie pytanie: „A dlaczego wszyscy reagują na tę postać w taki sposób?”, „Co wydarzyło się wcześniej?” albo „Dlaczego świat wygląda właśnie tak?”. Nie są to rzeczy, które uniemożliwiają seans, ale potrafią pozostawić pewien niedosyt.

Mam też mieszane uczucia wobec samego klimatu Akademii. Twórcy ewidentnie chcieli uniknąć typowego serialu młodzieżowego i to akurat rozumiem. Tyle że momentami mam wrażenie, że uciekli od tego… aż za bardzo. Produkcja trochę stoi w rozkroku, nie jest ani pełnoprawnym serialem o życiu kadetów, ani klasycznym „Star Trekiem” skupionym na eksploracji kosmosu. Do tego dochodzi proceduralna konstrukcja części odcinków, która moim zdaniem nie zawsze działa na korzyść historii.
Osobiście chyba chętniej zobaczyłabym serial z bardziej zwartą, sezonową fabułą, bliższą temu, co dostaliśmy w „Star Trek: Picard”. Oczywiście to już kwestia gustu, ale mam wrażenie, że taki format pozwoliłby lepiej wykorzystać zarówno potencjał Akademii, jak i samych bohaterów. Jeśli chodzi o samą fabułę, to opiera się ona głównie na historiach zamkniętych w pojedynczych odcinkach. To rozwiązanie bardzo charakterystyczne dla „Star Treka” i wiem, że wielu fanów właśnie za to kocha tę franczyzę. Tyle że tutaj mam wrażenie, iż serial momentami sam wpada we własną pułapkę.

Przede wszystkim „Akademia Gwiezdnej Floty” nie dorasta poziomem do „Strange New Worlds”. Ani scenariuszowo, ani pod względem konstrukcji bohaterów, ale o tych jeszcze za chwilę. Nie przypominam sobie ani jednego odcinka, który zrobiłby na mnie takie wrażenie, jak najlepsze epizody „Strange New Worlds”. Brakuje tego błysku, odwagi i pomysłów, które sprawiają, że po zakończeniu seansu ma się ochotę powiedzieć: „Kurczę, to było świetne!”. Same historie są poprawne, ale często sprawiają wrażenie znajomych. Oczywiście, trudno się temu dziwić. „Star Trek” ma na karku kilkadziesiąt lat historii i kilkanaście seriali, więc wymyślenie czegoś naprawdę świeżego nie jest łatwe. Mam jednak wrażenie, że zamiast próbować znaleźć własną drogę, „Akademia Gwiezdnej Floty” zbyt często ogląda się za siebie i stara się być kolejnym klasycznym „Star Trekiem”.
A przecież właśnie tutaj widziałam największy potencjał. Mamy grupę młodych kadetów, Akademię, zupełnie inne miejsce akcji i możliwość opowiedzenia historii z nowej perspektywy. Tymczasem twórcy bardzo zachowawczo trzymają się schematów znanych z poprzednich serii. Paradoksalnie więc, mimo że bohaterowie dopiero uczą się zostać oficerami Gwiezdnej Floty, większość odcinków niewiele różni się od tego, co od lat oglądamy w innych odsłonach „Star Treka”. Szkoda, bo to właśnie tutaj aż prosiło się o odrobinę więcej odwagi i pójście pod prąd, nawet kosztem złamania kilku utartych zasad franczyzy.

Największym problemem serialu są jednak bohaterowie. Nie są źle napisani… są po prostu przeciętni. A w uniwersum, które dało nam Spocka, Picarda, Garaka, Quarka, Seven of Nine czy Saru, przeciętność naprawdę boli. Młodzi kadeci w większości chodzą utartymi ścieżkami i bardzo rzadko wychodzą poza dobrze znane schematy. Najlepszym przykładem jest Caleb – zbuntowany chłopak, który musi odnaleźć swoje miejsce w świecie i odkryć, kim naprawdę chce być. Brzmi znajomo? No właśnie. To klasyczna droga bohatera, którą widzieliśmy już chyba w co drugim serialu, nie tylko ze świata „Star Treka”. Pozostała część ekipy wypada niewiele lepiej. Nie mogę powiedzieć, że twórcy ich zaniedbują, bo każdy dostaje swoje pięć minut i własne wątki. Problem w tym, że większość z nich jest po prostu mało interesująca. Sam niemiłosiernie działała mi na nerwy, Jay-Den okazał się zaskakująco nijaki, a Genesis i Darem, choć również nie unikają schematów, przynajmniej mają w sobie coś, co sprawia, że chce się śledzić ich losy.
Największy zawód? Holly Hunter. Serio, zatrudniacie zdobywczynię Oscara i dajecie jej materiał, który mógłby zagrać praktycznie każdy? Szkoda takiego talentu. Jej Nahla Ake to postać, która ma za sobą ponad cztery stulecia życia. To aż prosiło się o bohaterkę z bagażem doświadczeń, nietypowym spojrzeniem na świat, odrobiną ekscentryzmu czy specyficznego poczucia humoru. Tymczasem dostajemy kolejną „serialową mamę”, która z anielską cierpliwością tłumaczy kadetom, co zrobili źle, po czym niemal w każdym odcinku poklepuje ich po ramieniu i mówi, że następnym razem na pewno będzie lepiej. Nuda. I chyba największa zmarnowana szansa tego sezonu.
Podsumowując, „Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” to serial, który da się obejrzeć, ale raczej szybko o nim zapomnieć. Nie jest zły, jednak zbyt często opiera się na stereotypach, utartych schematach i rozwiązaniach, które fani „Star Treka” widzieli już wielokrotnie. To przyjemny seans „do obiadu”, ale jeśli mam wybierać, zdecydowanie wolę wrócić do „Strange New Worlds”.
Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na treść tekstu.

