Percy Jackson i bogowie olimpijscy – Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)
Choć z opowieści o herosach Ricka Riordana teoretycznie już wyrosłam, to to uniwersum nadal siedzi mi w serduchu, a Percy wciąż trzyma się wysoko na liście moich ulubionych bohaterów literackich. Do pierwszego sezonu tej adaptacji podeszłam zaskakująco optymistycznie, więc na kontynuację czekałam z nadziejami (i lekkim stresem, bo różnie to bywa). Zapraszam więc na moje krótkie (przysięgam!) wrażenia z oglądania 2. sezonu „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”. Proszę założyć kamizelki ratunkowe, wypływamy na Morze Potworów!
W 2. sezonie „Percy’ego Jacksona i bogów olimpijskich” wracamy do Obozu Herosów, który jak zwykle ma się dobrze tylko przez jakieś pięć minut. Luke, sterowany przez Kronosa, odpala tryb „koniec świata” i robi wszystko, żeby obóz (i resztę planety przy okazji) zamienić w mitologiczny gruz.
Jakby tego było mało, Grover zalicza absolutny peak pecha: zostaje „porwany” przez cyklopa, który nie tylko nie zna pojęcia „zgoda”, ale jest też bardzo zainteresowany ślubem z przestraszonym satyrem. Na ratunek ruszają Percy, Annabeth i Clarisse, pakując się w podwójną misję: zdobyć Złote Runo, uratować Grovera i przy okazji nie umrzeć w drodze. Standardowy tydzień u herosów, naprawdę.

Zacznijmy od najważniejszego: ten sezon oglądało się naprawdę bardzo dobrze. Jest sporo akcji, sensowne budowanie napięcia i ogólnie to po prostu porządna rozrywka i dla młodszych, i dla starszych widzów. Szczerze mówiąc, aż szkoda, że tak mało jest dziś seriali, które potrafią trafić do tak szerokiej grupy wiekowej, nie traktując nikogo jak idioty. Fabularnie nie ma czasu na nudę, a jeśli po drodze pojawiają się jakieś drobne głupotki… to serio, nawet się nad nimi nie pochylałam. Były? Pewnie. Czy mi przeszkadzały? Ani trochę, bawiłam się przednio. Walker Scobell to naprawdę świetny Percy. Jasne, zawsze znajdzie się jakieś „ale” (my, fani, już tak mamy), ale dla mnie idealnie oddaje ducha i charakter tej postaci. Ma ogromną charyzmę, naturalność i bardzo dobrze łapie chemię z innymi aktorami a to w tym serialu jest absolutnie kluczowe.
Charlie Bushnell jako Luke również wypada bardzo solidnie. Dobrze oddaje wagę tej postaci: jej zagubienie, samotność i wewnętrzne rozdarcie. To taka rola, która nie krzyczy „patrzcie na mnie”, ale zostaje w głowie. Spoko robota. Ten sezon jednak bez dwóch zdań kradną dwie postacie. Daniel Diemer jako Tyson jest absolutnie cudowny, idealnie uchwycił urok naszego ulubionego cyklopa, a jego relacja z Percym to po prostu czyste złoto ❤️ No i bezapelacyjna gwiazda sezonu: Dior Goodjohn jako Clarisse. Dziewczyna wymiata. To zdecydowanie najbardziej charyzmatyczna i najciekawsza postać tego sezonu. Clarisse przechodzi pełnoprawną drogę od pierwszego do ostatniego odcinka, a jej relacja z Percym jest dynamiczna, pełna energii i naprawdę dobrze napisana. Wszystko tu gra.

Niestety… dochodzimy do mojego największego rozczarowania, czyli Annabeth. I boli mnie to pisać. W pierwszym sezonie były jeszcze przebłyski jej zadziorności, inteligencji i charakteru, ale w drugim Leah Jeffries gra ją praktycznie cały czas w trybie zagubionego dziecka przepracowującego traumę związaną z Thalią i Lukiem. Rozumiem, że to potrzebny element historii ale problem w tym, że Annabeth nigdy z tego trybu nie wychodzi. Przez to postać traci bunt, ostrość i wyrazistość, czyli wszystko to, co czyniło ją Annabeth. Skoro już jesteśmy przy Annabeth… Percabeth. Ech.
Jest okej, serio scena u Kirke i motyw ze spaleniem Olimpu? Nie powiem, były ciareczki, to jest moje Percy/Annabeth. Ale to nie ratuje faktu, że ich relacja przez większość sezonu jest zaskakująco płaska i łzawa. Gdzie podziały się cięte riposty, słowne przepychanki, dogryzanie sobie? To właśnie ta dynamika czyniła ich relację tak uroczą i wyjątkową.

Jasne, potrzebne są też spokojniejsze momenty w stylu „zawsze możesz na mnie liczyć”, „jesteś moim priorytetem” ale jeśli na tym etapie nie dostajemy charakterystycznych dla tego duetu iskrzących dialogów, to Percy i Annabeth tracą ogromną część swojego uroku. Na koniec jeszcze słowo o zmianach względem książek. Są, momentami wyraźne a nawet spore, ale co ważne, działają. Często są zaskakujące, świeże i naprawdę robią robotę, zamiast psuć materiał źródłowy. Widać, że Rick Riordan faktycznie siedzi przy tym serialu, ale jednocześnie nie blokuje twórców na zasadzie „ma być jeden do jednego albo wcale”. I chwała im za to, bo potrafią zaskoczyć zarówno widzów, jak i czytelników i to na plus. A finał sezonu? Tego się nie spodziewałam, nie powiem. Bardzo przyjemne domknięcie i świetna zachęta, żeby czekać na więcej. Skoro Morze Potworów mamy już za sobą, a przed nami „Klątwa Tytana” i 3. sezon jeszcze w tym roku, to ja pakuję plecak, zakładam pomarańczową koszulkę i czekam, bo Nico i Bianca nadchodzą!
Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


