Recenzje serialiWspółpraca

Sindbad (Opinia bezspoilerowa)

Fantasy od lat czerpie z podobnych motywów – trzymających w napięciu wypraw, przeklętych bohaterów, magii i walki z przeznaczeniem. Jednym serialom udaje się tchnąć w nie nowe życie, inne stawiają przede wszystkim na klasyczną przygodę i dobrą zabawę. „Sindbad” z 2012 roku dostępny na Canal+ zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To produkcja, która nie próbuje konkurować z największymi widowiskami telewizyjnymi, ale zabiera widza w pełną niebezpieczeństw podróż inspirowaną legendami z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. I choć nie wszystkie elementy tej wyprawy okazują się równie udane, trudno odmówić jej uroku oraz atmosfery.

W centrum wydarzeń znajduje się tytułowy Sindbad (w tej roli Elliot Knight) – młody, impulsywny i nieco lekkomyślny chłopak, który podejmuje ryzykowne decyzje szukając sposobu na szybki zarobek i pomoc swojej rodzinie m.in. kradnąc od bogatych i biorąc udział w walkach. Pewnego dnia jego życie wywraca się jednak do góry nogami po serii dramatycznych wydarzeń. Na skutek wygnania i rzuconej klątwy bohater zostaje zmuszony do niekończącej się podróży po morzach i odległych krainach. Każdy postój może okazać się ostatnim – na lądzie może pozostać jedynie dobę – a każda nowa wyspa na jaką natrafia na swojej drodze skrywa kolejne zagrożenie. Brzmi znajomo? Właśnie w tym tkwi największy urok serialu, bo świadomie korzysta z dobrze znanych schematów gatunku. Są tajemnicze ruiny, magiczne stworzenia, starożytne artefakty, niebezpieczne misje i załoga zdająca się do siebie kompletnie nie pasować a która z odcinka na odcinek coraz bardziej przypomina rodzinę. To formuła, którą znamy od lat – mimo to nadal potrafi sprawiać frajdę.

fot. Canal+

Największym atutem serialu jest bez wątpienia jego klimat. Oglądając kolejne odcinki, trudno nie odnieść wrażenia inspiracją historią o „Xenie” czy „Herkulesie”. Pod pewnymi względami nawet „Piratami z Karaibów”. Nie chodzi o skalę widowiska, tylko o atmosferę nieustannej przygody. Każdy odcinek zabiera bohaterów w nowe miejsce i przedstawia kolejne zagrożenie, dzięki czemu serial praktycznie się nie zatrzymuje. Tempo jest jedną z jego największych zalet. Twórcy nie rozwlekają fabuły i nie poświęcają zbyt wiele czasu na długie ekspozycje. Dzięki temu trudno się nudzić, nawet jeśli nie wszystkie historie poboczne mają równie wysoki poziom. Oczywiście ma to swoją cenę. Niektóre wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko, a część relacji między bohaterami rozwija się niemal błyskawicznie. Momentami aż chciałoby się, żeby serial pozwolił sobie na chwilę oddechu. Pod względem realizacyjnym „Sindbad” wypada zaskakująco dobrze, zwłaszcza jeśli mamy na uwadze, że jest z 2012 roku. Jasne, efekty specjalne nie dorównują współczesnym wysokobudżetowym serialom. Komputerowe potwory czy magiczne zjawiska momentami zdradzają swój wiek. Tyle, że jeśli zaakceptuje się ten tytuł takim, jaki jest, nie doszukując się niczego więcej i nie krytykując – można się naprawdę nieźle bawić. Znacznie lepiej prezentują się kostiumy, scenografia oraz zdjęcia. Twórcy starali się wykorzystać naturalne plenery, dzięki czemu egzotyczne lokacje naprawdę robią wrażenie. Morze, pustynne krajobrazy i starożytne ruiny skutecznie budują atmosferę wielkiej wyprawy.

Elliot Knight świetnie odnajduje się w roli głównego bohatera. Jego Sindbad nie jest idealny. Popełnia błędy, często działa pod wpływem emocji i nie zawsze podejmuje rozsądne decyzje. I właśnie dlatego łatwo mu kibicować. Knight wnosi do postaci sporo charyzmy i młodzieńczej energii, dzięki czemu nawet mniej przekonujące dialogi brzmią naturalnie. Aktor dobrze pokazuje również przemianę bohatera, która odbywa się stopniowo. Bardzo dobrze wypada również Naveen Andrews jako Akbari. Może i czasu na ekranie nie ma przesadnie dużo, potrafi zbudować aurę tajemnicy i sprawić, że każda scena z jego udziałem przyciąga uwagę. Tak samo jak jego wierna towarzyszka posługująca się czarną magią w jaką wciela się Orla Brady. Choć jak mam być szczera, mocno przewidywalna scenariuszowo postać. Załoga Sinbada też jest charakterystyczna, ale trochę stereotypowa. Cook, Rina, Anwar, Nala i Gunnar zostali sprowadzeni do postaci pełniących konkretną funkcję – od kucharza, medyka, po zwinną złodziejkę. Nie można odmówić im jednak chemii. Dość szybko od skazaną na swoje towarzystwo grupę obcych sobie ludzi, stają się kompanami w podróży gotowymi chronić siebie nawzajem. Może nawet zbyt szybko.

fot. Canal+

Największym problemem „Sindbada” okazuje się przewidywalność. Jeśli ktoś oglądał wcześniej seriale fantasy lub kino przygodowe, dość szybko zacznie domyślać się kierunku wielu wydarzeń. Konstrukcja odcinków często opiera się na podobnym schemacie – nowe miejsce, nowe zagrożenie, rozwiązanie problemu i kolejny etap podróży. Szkoda, że postać w którą w jednym odcinku wciela się Timothy Spall nie została wpleciona na dłużej do fabuły, ze wszystkich pobocznych postaci wypadł najciekawiej. Nie oznacza to, że serial staje się nudny, ale trudno mówić o historii, która na każdym kroku zaskakuje.

A jednak jest w „Sindbadzie” coś, co sprawia, że ogląda się go z autentyczną przyjemnością. Może to nostalgia za czasami, gdy seriale fantasy nie były wysokobudżetowe a mimo to przyciągały widzów? Uważam, że ten serial wpasowuje się do kategorii „coś lekkiego do obiadu” i nie ma w tym nic obraźliwego. Ta produkcja nie udaje czegoś, czym nie jest. Czy zostanie ze mną na dłużej? Nie, ale przy tak wysokich temperaturach jakie ostatnio bywają za oknem, „Sindbad” pozwolił mi się trochę przenieść w czasie kiedy będąc młodsza zachwycałam się animowaną historią o nim od Dreamworks czy disneyowskim Aladynem. I takie seriale też są czasem potrzebne mimo wad, koślawych efektów specjalnych czy przewidywalności.

Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię.