Recenzje serialiWspółpraca

Latarnie (Opinia bezspoilerowa)

Przedpremierowo obejrzałem trzy pierwsze odcinki „Latarni”! Czyli najnowszego serialu osadzonego w DCU Jamesa Gunna i Petera Safrana, który koncentruje się na kryminalnym śledztwie prowadzonym na Ziemi przez dwóch bohaterów: Hala Jordana (Kyle Chandler) i Johna Stewarta (Aaron Pierre). Śledztwo prowadzone jest na dwóch płaszczyznach czasowych (w 2016 i 2026 roku), a rozwiązanie tej zagadki ma być istotne dla pierwszego rozdziału DCU, czyli „Gods and Monsters”.

Zdecydowanie jest to produkcja w klimacie pierwszego sezonu „True Detective”, która mocno trafiła w mój gust: cięższa, poważniejsza, dojrzała i uziemiona historia z dużą dawką śledztwa, gdzie powoli odkrywane są kolejne elementy większej układanki (zebrane w odpowiednich momentach dają potężnego kopa fabularnego z zaskakującymi konkluzjami). Przede wszystkim jest to śledztwo trzymające w napięciu, przykuwające uwagę i nieodkrywające wszystkiego od razu – wręcz przeciwnie, odpowiedzi rodzą kolejne pytania, głównie skoncentrowane wokół tego, czy to, co widzimy, jest takie w rzeczywistości. Serial właściwie podchodzi do postaci oraz sposobu prowadzenia historii (brak tu bezsensownych decyzji), a także potrafi wywołać uśmiech ciętych tekstami bohaterów (brak tu humoru, który znajdziemy choćby w „Supermanie” Gunna).

fot. HBO MAX / Entertainment

Problemem pierwszych odcinków jest nadmierna ekspozycja (sporo oczywistych, powtarzanych dialogów, które zaczynają irytować wtórnością) oraz zbyt powolne tempo akcji – właściwie jej tu nie ma, za to jest mnóstwo przegadanych scen, na których można złapać śpiocha, czego nie polecam robić. Każdy dialog odsłania informacje o postaciach, śledztwie czy DCU i nawet kiedy wydaje się, że nic nie dzieje się na ekranie, to potrafią wskoczyć ciekawe fakty (nie zawsze, ale wtedy czas wypełniają sielskie chwile z bohaterami, dla których samych tekstów warto zostać przed ekranem).

Serial z szacunkiem podchodzi do materiału źródłowego. W rozmowach czy przesłuchaniach pojawia się tu dość sporo faktów o Korpusie i przeszłości bohaterów, dzięki czemu twórcy unikają generycznych metod na superbohaterskie genezy (z wyjątkiem dłuższych sekwencji poświęconych retrospekcjom). W serialu znajduje się wiele zgodności z komiksami, ale… i KONKRETNYCH zmian względem pierwowzoru, które od pierwszego odcinka będą wywoływały emocje u fanów (obiecuję Wam to). W mojej ocenie były to zmiany zarówno zaskakujące, jak i dobre pod kątem rozwoju – tak samego serialu, jak i całego DCU (bardzo jestem ciekaw, co z nich wyniknie).

fot. HBO MAX / Entertainment

Serial stoi postaciami. Mamy świetnie napisanego Hala Jordana i Johna Stewarta. Do tego dochodzi idealnie dobrana obsada. Kyle Chandler i Aaron Pierre wchodzą w swoje role, utożsamiają się z nimi i sprzedają ich wizerunki tak, jak powinni. Widać, że panowie poświęcili dużo czasu nie tylko na zapoznanie się z bohaterami, ale i na wypracowanie chemii oraz intensywności w swojej relacji, by podać ją dokładnie tak, jak zapowiadały materiały promocyjne. No i już teraz mogę napisać, że Aaron Pierre (John Stewart) ma potencjał na moją ulubioną postać z całego DCU (serio, uwielbiam gościa), a Kyle Chandler jako Hal Jordan… no nie cierpię go za bycie takim zadufanym dupkiem.

Nie mam uwag do strony audiowizualnej: ładna praca kamery, idealnie uchwycony klimat, piękne zdjęcia, odpowiedni dobór ścieżki dźwiękowej. Konstrukty są zrealizowane porządnie, każde ich użycie ma wyczuwalną moc i uzasadnienie, ale… no nie ma ich tak wiele, jak sugerowały zwiastuny.

Dziękuję HBO/Warner Bros. za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.