Heweliusz (Opinia bezspoilerowa)
Rzadko sięgam po seriale katastroficzne, ale kiedy już to robię, wybieram głośne i porządne produkcje. Z „Heweliuszem” nie mogło być inaczej. O tym tytule słyszałem zewsząd na długo przed seansem. I wiecie co? Mogę podpisać się obiema rękami pod każdą pozytywną opinią, na którą dotąd trafiłem.
To wstrząsający miniserial o katastrofie promu Heweliusz na Bałtyku. Twórcy genialnie żonglują perspektywami: z jednej strony pokazują samą tragedię na morzu, z drugiej brutalne piętno, jakie wywarła ona na rodzinach ofiar (od dramatu w domowym zaciszu po cyrk na sali sądowej). Technicznie to absolutny majstersztyk z iście kinowym rozmachem. Kamera bezlitośnie zagląda w każdy kąt tonącego statku, a potęga huraganu i wściekłość natury wypadają tak autentycznie, że sam czułem się jak członek tej nieszczęsnej załogi. Gigantyczna w tym zasługa aktorów, którzy dosłownie całym ciałem odegrali walkę o przetrwanie w tych morderczych warunkach. Bez ich fizycznego zaangażowania o sukcesie nie byłoby mowy.

Prawdziwym sercem „Heweliusza” jest jednak to, co dzieje się po katastrofie. Obraz rodzin, których świat nagle legł w gruzach, łamie serce. Twórcy wzięli na tapet pełen przekrój społeczny: od rodzin zwykłych marynarzy po bliskich samego kapitana. Strata bolała tak samo, ale zderzenie z nową, brutalną rzeczywistością (i brakiem pieniędzy na jedzenie) wyglądało u każdego inaczej. Serial rewelacyjnie punktuje ludzkie zachowania: od solidarnych sklepikarzy naginających zasady dla owdowiałej matki, po bezlitosnych szkolnych rówieśników szukających kozła ofiarnego. A wszystko to osadzone w do bólu perfekcyjnie odwzorowanych realiach lat 90. (od słownictwa, przez technologię, aż po plakaty na ulicach).
Osobny akapit należy się temu, co działo się na sali sądowej. Chapeau bas za ujęcie niewydolności ówczesnego systemu sprawiedliwości (który do dziś pozostawia w tej sprawie mnóstwo znaków zapytania). Rodziny ofiar swoimi reakcjami nadawały przesłuchaniom ogromny ciężar emocjonalny, a aktorzy doskonale balansowali między pokazywaniem mroczniejszej strony swoich postaci, a nagłymi, ludzkimi odruchami.

Skoro o aktorach mowa to oni nieśli tę historię na swoich barkach. Kto błyszczał najmocniej? Konrad Eleryk: Rola życia, poziom determinacji i napięcia wypisany na jego twarzy w trakcie scen na statku dosłownie wylewa się z ekranu; Borys Szyc to solidny kapitan i troskliwy ojciec, to jedna z jego najlepszych ról w ostatnich latach, a scena ze zdjęciem rodziny rozkłada na łopatki; Michał Żurawski czyli świetny w roli gościa zawieszonego między dwiema stronami barykady, magnetyzująca chemia z resztą obsady; Magdalena Różczka fenomenalnie odegrała lodowaty chłód na sali sądowej, pod którym skrywało się domowe rozbicie i zawzięta walka o dobro córki; Justyna Wasilewska jako zrozpaczona matka zbudowała z widzem taką więź, że miałem ochotę wejść do telewizora i ją przytulić, jej późniejsza siła i zdrowy rozsądek na sali sądowej budzą ogromny podziw. Mógłbym tak chwalić każdego z osobna, bo cały cast dołożył cegiełkę do tego arcydzieła, ale nie starczyłoby nam tutaj miejsca!
Dziękujemy Netflix za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

