Doomsday Powraca (Opinia)
Na półki wjechał trzeci i zarazem ostatni tom klasycznego Supermana z lat 90., który ostatecznie domyka sagę z Doomsdayem. I robi to w tak epickim stylu, że tę potężną cegłę najłatwiej podzielić na trzy akty:
Zaczynamy z grubej rury. Niszczycielska machina wraca, a Doomsday zalicza level up, ewoluując po każdym starciu niczym rasowy Saiyan z DBZ. Początkowo kręciłem na to nosem, bo brzmiało to jak tani pretekst, żeby na siłę pompować stawkę wyzwań. Szybko jednak odszczekałem te słowa! To właśnie dzięki temu starcia weszły na absolutnie kosmiczny poziom. Ostra wymiana ciosów Doomsdaya z Darkseidem i Supkiem autentycznie zapiera dech w piersiach. Dawno żaden komiks tak mocno nie trzymał mnie za jaja, a finałowa akcja dała mi 100% satysfakcji.
Druga historia serwuje nam kolejne podejście do potwora, choć tak naprawdę pierwsze skrzypce gra tu Brainiac, który sprytnie wykorzystał Doomsdaya do własnych celów. Wątek jest mniej przekombinowany niż pierwszy, a metodyczne działanie Brainiaca świetnie oddaje jego analityczny potencjał. Jednak to nie akcja jest tu najważniejsza, a potężny ładunek emocjonalny krążący wokół wątku walki o życie wcześniaka. Jako świeżo upieczonego ojca, historia ta uderzyła mnie z podwójną mocą. Przesłanie i świetnie wplecione retrospekcje genialnie ukazują tę dramatyczną walkę, wydobywając na wierzch samą esencję tego, co czyni Supermana bohaterem.
Album zamykają nowsze opowieści przygotowane z okazji 30. rocznicy „Śmierci Supermana”. Zwykle jestem sceptyczny wobec takich jubileuszowych dodatków, ale tutaj wyszło świetnie. Nawet jeśli historie nie odkrywają Ameryki, dają cenną perspektywę. Mocno wzrusza motyw rodziców Kenta, którzy skrupulatnie zbierają dowody uratowanych przez syna żyć. Z kolei śledztwo Perry’ego White’a (szukającego prawdziwego Supermana wśród czwórki naśladowców) to dziennikarski majstersztyk. Czuć rękę kogoś, kto zna się na robocie reportera m.in. mamy tu żmudne szukanie dowodów, pociąganie za sznurki i wyciąganie błyskotliwych wniosków z drobnych poszlak.
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

