Recenzje serialiWspółpraca

Devil May Cry: Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)

Wielkim fanem „Devil May Cry” to ja nie jestem. Ograłem może jedną, maksymalnie dwie części gry i tyle. Nie przeszkodziło mi to jednak w sięgnięciu po pierwszy sezon anime, który całkiem mi się podobał. Drugi sezon również idealnie wpasował się w mój gust, oferując nawet jeszcze więcej niesamowitych wrażeń. Dlaczego?

Kontynuacja skupia się na otwartym konflikcie świata ludzi z podziemiem demonów. Obie strony wytaczają najcięższe działa, a ich intencje są mocno powiązane z potomstwem Spardy – Dantem i Vergilem. I to właśnie ta część sezonu podeszła mi najbardziej. Starcia z demonami są z prawdziwego zdarzenia. Akcja startuje z wysokiego pułapu, a mordercze tempo utrzymuje się do samego końca. Mamy tu masę walk, z których każda jest odpowiednio umotywowana, a fabuła sprytnie zgłębia lore tego uniwersum. Wszystko ładnie się zazębia i nie biegnie oczywistym torem – dostajemy sporo zwrotów akcji, które wywracają do góry nogami dotychczasowe fakty. I bardzo dobrze, bo dzięki temu nie brakuje zaskoczeń, które nadają dynamiki wydarzeniom i całkowicie zmieniają perspektywę. Dotyczy to zwłaszcza przywódców obu stron, za którymi stoją grubsze intrygi. Świetnie pokazuje to prawdziwe oblicze firmy współpracującej z Dantem – niezłe z nich ziółka, z czego rodzi się potężny konflikt.

fot. Netflix

Jak wspomniałem przed chwilą, wszystko kręci się wokół rodziny Dantego. Sezon odsłania mnóstwo kulis z ich przeszłości, która ma mocno szare odcienie. Twórcy do samego końca wodzą nas za nos, serwując różne wersje wydarzeń, a karty wykładają dopiero na ostatniej prostej. Taki zabieg świetnie wpływa na wizerunek Dantego i Vergila. W końcu wiemy, co siedzi im pod skórą, co doprowadziło ich do tego momentu i skąd czerpią swoje motywacje oraz niszczycielską siłę. Na tym polu nie mam się do czego przyczepić… poza samą więzią między braćmi. Historia poświęca im trochę za mało czasu, by wiarygodnie pokazać docieranie się ich charakterów. Niby to robi, ale przy nieustannym natłoku akcji ich przemiana następuje zbyt szybko i momentami trzeba ją sobie dopowiadać na siłę. Szkoda, bo mógł to być najmocniejszy punkt programu.

Na szczęście sytuację ratuje genialne prowadzenie braci z osobna. To dwie skrajnie różne postacie, ale napisane tak, że siłą rzeczy czuje się do nich sympatię i kupuje ten kontrast. Na dodatek obaj dostają swoje pięć minut, by odsłonić nieoczywiste cechy – jak Vergil ratujący ludzi czy Dante w momentach miłosnych uniesień. Co ważne, rozwój nie ogranicza się tylko do nich. Przyjaciółka Dantego ma swoje pięć minut i przez cały sezon niesamowicie dojrzewa. Wychodzi z cienia i bez problemu niesie fabułę na własnych barkach, biorąc czynny udział w najważniejszych wydarzeniach. Szkoda tylko, że nie każdego poprowadzono tak dobrze. Pojawia się tu postać Starca, zapowiadanego na absolutnego badassa, którego wątek rozwiązano tak po macoszemu, że człowiek musi obejść się smakiem i zastanawiać, o co właściwie chodziło z jego „spadkiem”.

fot. Netflix

Pod kątem technologicznym serial podtrzymuje genialny, growy poziom realizacji. Masa sekwencji wygląda jak żywcem wyjęta z konsoli: walki są krwawe, soczyste, a bohaterowie od razu wyciągają najcięższy kaliber. Dynamiczne ujęcia rodem z kina akcji robią piorunujące wrażenie, dając pełne poczucie potęgi, efektowności oraz niszczycielskiej skali starć. Najlepiej widać to w finale sezonu – pojedynki na najwyższym szczeblu dają potężną siłę rażenia, a rozmach i liczba ofiar rosnąca przy pojawieniu się bossów z prawdziwego zdarzenia po prostu zwalają z nóg. No i wisienka na torcie – przegenialna ścieżka dźwiękowa! Rockowe brzmienia idealnie pasują do stylu DMC, nadając scenom akcji niesamowitego kopa. Nóżka sama tupta pod stołem (szczególnie przy klasycznych motywach) i aż chce się oglądać te starcia na zapętleniu. Co ważne, muzyka świetnie sprawdza się też w tych poważniejszych lub smutniejszych momentach, podkręcając ich emocjonalny ładunek dwukrotnie.

Dziękujemy Netflix za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.