Brigertonowie – Sezon 4a (Opinia bezspoilerowa)
No i wróciła nasza ulubiona kostiumowa drama. I używam słowa drama bardzo świadomie, bo serialowa adaptacja książek Julii Quinn ma w sobie coś z azjatyckich dram kostiumowych: bawi się konwencją, przerysowaniem i lekką slapstickowością. Fani seriali kostiumowych i historycznych pewnie dzielą się tu na dwie grupy: tych, którzy „Bridgertonów” uwielbiają, bo rozumieją tę konwencję, oraz tych, dla których oderwanie od realiów epoki jest absolutnie nie do przyjęcia. Ja? Nie ukrywam, mam do tej produkcji słabość. Choć trochę żałuję, że serial nie dostał jeszcze odrobiny więcej adaptacyjnej odwagi – to do tej pory było całkiem nieźle. Dlatego zapraszam na moje wrażenia z pierwszej połowy 4. sezonu.
Kiedy Lady Violet niemal całkowicie traci nadzieję, że kiedykolwiek zagoni swojego drugiego syna przed ołtarz, na balu maskowym pojawia się tajemnicza dama, która wywraca do góry nogami nie tylko światopogląd, ale i serce naszego ulubionego kawalera. Tak rozpoczyna się historia miłosna Benedicta Bridgertona i Sophie – dziewczyny o skomplikowanym pochodzeniu i jeszcze bardziej nieoczywistej przyszłości. Czy ta dwójka odnajdzie drogę do siebie, a jeśli już czy świat i społeczne konwenanse pozwolą im na szczęśliwe zakończenie?

No dobra, czas na Benedicta, najbardziej niesfornego z Bridgertonów. Wolny duch, artysta, człowiek otwarty na świat i ludzi. Benedicta po prostu nie da się nie lubić, spokojnie plasuje się w czołówce ulubionych bohaterów tej sagi. Pytanie brzmi: czy dostał wątek miłosny i sezon godny siebie? Zacznijmy od tego, że historia Benedicta jest najbardziej bajkowa ze wszystkich i bardzo wyraźnie bazuje na motywie Kopciuszka. I absolutnie nie ma w tym nic złego, bo idealnie pasuje do tej „szalonej” wersji świata, jaką serwuje nam serial. Nie zgodzę się jednak z twórcami, że ta historia jest „bardziej realistyczna” przez mezalians (serio, to żaden spoiler). Takie historie zdarzały się raczej rzadko, miłość miłością, ale jakoś trzeba było żyć i za coś funkcjonować w tym społeczeństwie, a matki pokroju Lady Bridgerton można było pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Ale hej to jest bajka, a bajki lubimy. Kopciuszek gubi pantofelek (tu: rękawiczkę), a książę (no, prawie) szuka jej po całym królestwie (no, też prawie).
Poznajemy więc Sophie, czyli love interest Benedicta i Sophie jest… świetna. Serio, nie mam się do czego przyczepić. Jest zabawna, oczytana, inteligentna i urocza. Kto by się nie zakochał? Yerin Ha jest w tej roli absolutnie czarująca, a jej ekranowy urok był dla mnie sporym zaskoczeniem (zwłaszcza znając jej wcześniejsze role, „Halo” zrobiło swoje). Trzeba też oddać ludziom od castingu, że naprawdę wiedzą, co robią. Dobieranie par z chemią to w Bridgertonach absolutna podstawa i tu znów się udało. Chemia między Yerin Ha a Lukiem Thompsonem jest świetna i w niczym nie odstaje od poprzednich duetów. A nie oszukujmy się, czasem to właśnie chemia ratuje słabsze sezony (tak, patrzę na was, Penelope i Colin 👀). Wątek głównej pary wypada więc bardzo dobrze, jest wierny książce i naprawdę przyjemnie się to ogląda. Czekam na więcej bez żadnych „ale”.

Jak to już bywa w serialu, obok głównego romansu dostajemy też sporo wątków pobocznych. Zaglądamy więc do bohaterów znanych z poprzednich sezonów. Wątek królowej i Lady Danbury… cóż, mnie średnio porwał. To raczej kwestia gustu, nie jestem fanką samej królowej i jej sceny ani mnie nie grzeją, ani nie ziębią. Ich relacja może być dla kogoś ciekawa, dla mnie pozostaje raczej neutralna. Zdecydowanie lepiej wypada wątek Eloise. To mały, ale bardzo znaczący krok w stronę jej książkowej historii i pytania, czy Eloise w ogóle jest w stanie dojrzeć do małżeństwa, a przede wszystkim do miłości. Claudia Jessie świetnie oddaje złożoność tej postaci i jej wewnętrzne rozdarcie. Cieszy mnie też więcej Hiacynty, mojej ulubienicy (tak, jej książka jest cudowna i czekam na ten sezon jak na zbawienie). Jej dynamika z Eloise wypada naprawdę ciekawie, bo wbrew pozorom te dwie siostry sporo łączy. A Hiacynta już zaczyna zdradzać swoje zamiłowanie do potajemnych eskapad, na szczęście na razie tylko w obrębie własnego domu. 😉 No i na koniec to, co boli mnie najbardziej, wątek Franceski. Gdyby nie Michela, jakoś bym to przeżyła, ale twórcy ewidentnie próbują umniejszyć relację Franceski i Johna, co jest moim zdaniem przykre i zupełnie niepotrzebne. Czasem po jednej utraconej, prawdziwej miłości można po prostu odnaleźć kolejną, bez odbierania czegokolwiek temu, co było wcześniej. Książkowemu Michaelowi to nie szkodziło, a serialową Michelę trzeba było jakoś „podbudować”. Szkoda.
„Bridgertonowie” wciąż trzymają poziom i ani myślą wysiadać z tej złotej karety. To nadal urocza, świadomie przerysowana bajka dla dorosłych, która bawi się konwencją, kolorami i emocjami, a ogląda się ją z niezmienną przyjemnością, nawet jeśli wiemy dokładnie, dokąd ta historia zmierza. Pierwsza połowa 4. sezonu kończy się jednak w momencie, który zostawia spory niedosyt i bezczelnie każe nam czekać na ciąg dalszy. I nie, nie zmienię zdania: dzielenie sezonów na połowy to czyste barbarzyństwo, narracyjna tortura i zbrodnia przeciwko binge-watchingowi.
Dziękujemy Netflix za dostęp do serialu. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


