Recenzje serialiWspółpraca

X-Men: ’97: Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)

Pamiętacie kultową kreskówkę o X-Menach? To jedna z bajek mojego dzieciństwa, którą uwielbiam zarówno za kreację głównych mutantów, jak i zagrożeń, z którymi się mierzyli. Do tej pory mam gęsią skórkę na myśl o Apocalypse’ie! Wznowiona wersja była dla mnie pozycją obowiązkową: przy pierwszym sezonie bawiłem się super i podobnie było przy drugim, choć wkradło się tu kilka powodów do narzekań.

Nowy sezon „X-Men ’97” kręci się wokół Apocalypse’a, czyli mojego drugiego ulubionego przeciwnika X-Menów. Początek jest mocno rozbudowany, bo mutanci są rozbici na kilka linii czasowych, a wszystko sprowadza się do starcia z Apocalypse’em, które już na bardzo wczesnym etapie zbiera żniwo i do samego końca pozostaje wyczerpującą walką. Zainteresowało Was to? No to przejdźmy do punktowania!

fot. Disney+

Początek sezonu był mocny. Twórcy z pomysłem podeszli do linii czasowych, a dobór bohaterów nie był przypadkowy. Zrealizowano go sensownie, by konkretne postacie miały tam do spełnienia wyznaczone zadania np. Summersowie celowo trafiają do przyszłości, a ich kontakt z Nate może być kluczowy dla przeznaczenia chłopca. Konstrukcję wydarzeń odpowiednio dopasowano między liniami, by cały czas trzymać moją uwagę i nie pozbawiać całości sensu, tylko ostrożnie poruszać się po faktach, pokazując przy tym, że same postacie zastanawiają się, czy ich czyny nie zaburzą przebiegu historii. Opowiadając historię na linii przeszłość-przyszłość, udało się twórcom stworzyć niezależne, zamknięte opowieści, które podsuwają nowe fakty o Apocalypse’ie i znacząco rozbudowują jego mitologię, przez co starcie z nim zyskuje na skali. Szkoda tylko, że twórcy tak szybko przeszli do rozwiązania tego motywu. Bieg wydarzeń był zdecydowanie zbyt szybki, co właściwie zniweczyło poczucie fatalnej sytuacji X-Menów. Jak na problem, w jakim się znaleźli, już na początku dostają podsuniętą drogę ucieczki, a przyjmowanie wszystkiego na klatę i szybkie rozstrzygnięcie sprawy sprawiało wrażenie błahego trudu… No i nie da się nie odnieść wrażenia, że linie czasowe miały skupić się na konkretnych bohaterach, podczas gdy pozostali jak Wolverine czy Nightcrawler po prostu tam byli.

Kolejne odcinki, następujące po wątku linii czasowych, miały na celu zarysowanie jak ostatnie wydarzenia wpłynęły na teraźniejszość. Tu twórcy obrali proste metody, pokazując nowe kierunki w epizodycznym podejściu. Do tego stopnia, że okazjonalnie zmieniali nawet wideo w czołówce, co było fajnym zabiegiem estetyczno-symbolicznym wskazującym. Podobały mi się pomysły twórców na poszczególne wątki, bo sięgały do wcześniej postawionych fundamentów: postaci, motywów czy zwykłych nitek powiązań znanych z pierwszego sezonu. Te odcinki mocno rozwinęły świat i stworzyły świetną podbudowę pod finał, w którym wszystko się ze sobą splotło. Co prawda spowalniały tempo narracyjne głównego zagrożenia, lekko wlókł się serial miejscami, ale z korzyścią dla samego lore więc mogłem na to machnąć ręką. Wyjątkiem była dla mnie historia poświęcona Wolverine’owi. Mocno przekombinowana tylko po to, by wprowadzić jedną konkretną zmianę w jego postaci.

fot. Disney+

No i przechodzimy do finałowej konfrontacji rozłożonej na kilka odcinków. Całość oczywiście toczy się wokół Apocalypse’a, ale twórcy obrali tu zupełnie zaskakujący kierunek jego działań, żeby jeszcze lepiej uchwycić skalę jego mocy. Wątek działał idealnie nie tylko pod kątem akcji (sięgnięto po wszystkich bohaterów, a przy takiej mieszance mocy stworzono dość złożone sekwencje walki), ale przede wszystkim zadbano o odpowiednią warstwę emocjonalną. Ciężko ująć to bez spojlerów, ale twórcy poszli na dość odważny ruch dotyczący Rogue, co wycisnęło emocje i sprawiło, że bohaterom trudniej podejmowało się decyzje (dzięki czemu historia stała się znacznie bardziej złożona).

Jednak sam finał serialu był dla mnie nieco rozczarowujący z dwóch powodów. Pierwszym jest sprowadzenie wydarzeń do konfliktu kilku grup. O ile miało to sensowną podbudowę, o tyle w samej realizacji doszło do chaosu i wymuszonego starcia, w którym postacie doskakiwały sobie do gardeł bez większego uzasadnienia w ich charakterach. Dostały tu miejsce konflikty oddalające wcześniej wypracowane kwestie, które wcale nie świadczyły o bystrości bohaterów, a od nich oczekiwało się przecież bardziej rozsądnego rozwiązania problemów (a tak musimy założyć, że nawet X-Meni nie kontrolowali pewnych sytuacji we własnej bazie). Drugim powodem było wciśnięcie hamulca przez twórców w samym finale. Poszli oni bardzo fajnym torem, żeby wyczerpująco opowiedzieć historię Apocalypse’a i jeszcze mocniej zgłębić uniwersum Marvela, a właściwie jego korzenie. Sięgnięcie po taką wiedzę miało mieć swoją cenę i moment, w którym twórcy na to pozwolili, był zaskakujący. I rzeczywiście to zrobili, ale jednak nie na taką skalę, jakiej można było się spodziewać. Niemniej trzeba im oddać, że przez cały sezon była to historia z dużą ilością emocji, akcji i zbieraniem strat po każdej ze stron konfliktu. Bardzo to lubię, bo dzięki temu opowieści stają się słodko-gorzkie z prawdziwego zdarzenia: człowiek mocniej przywiązuje się do bohaterów i do samego końca nie ma pewności, jak potoczą się wydarzenia.

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.