Carrie (Opinia bezspoilerowa)
„Carrie” autorstwa Stephena Kinga na przestrzeni lat otrzymała już 3 adaptacje. W tym roku jednak pierwszą serialową za którą odpowiada Mike Flanagan. Serial trafi na Prime Video już 7 października. Razem z Wiolą mogłyśmy go jednak obejrzeć przedpremierowo. Poniżej znajdziecie łączoną opinię, w której podzieliłyśmy się swoimi wrażeniami. Czy jest na co czekać?
GOSIA:
Lubię Kinga, ale „Carrie” nigdy nie była moją ulubioną jego powieścią. Nie podchodziłam więc też jakoś fanatycznie do jej kolejnych ekranizacji, raz bardziej udanych, raz mniej. W przypadku wersji Mike’a Flanagana byłam zaciekawiona, ale jednocześnie nie miałam wobec niej większych oczekiwań. Muszę jednak przyznać, że wiele rzeczy związanych z przeniesieniem tej historii na ekran wyszło naprawdę ciekawie. Flanagan pozwolił sobie rozwinąć, a momentami wręcz stworzyć, kilka nowych i interesujących wątków. Twórca postawił przede wszystkim na psychologiczny aspekt historii i jej współczesną interpretację, jednocześnie mocno skupiając się na środowisku szkolnym. I to jest ciekawe, ale jednocześnie tworzy sporo schematów, które znamy z tego typu produkcji. Począwszy od mocno przerysowanych postaci, ale o tym za chwilę.

Sama historia bardzo mocno skupia się na szkole jako centrum wydarzeń, poświęcając jej zdecydowanie więcej miejsca niż chociażby relacji Carrie z matką. To dość ciekawy zabieg, szczególnie że właśnie relacja matki i córki jest jednym z elementów, które najbardziej kojarzymy z „Carrie”. Wydaje mi się też, że sporo widzów może być rozczarowanych klimatem serialu. Nie znajdziemy tutaj typowego dla Flanagana ciężkiego klimatu ani poczucia grozy. Właściwie nie nazwałabym „Carrie” nawet horrorem. Produkcja stawia na zupełnie inne aspekty tej historii. Dlatego myślę, że najlepiej podejść do niej bez oczekiwania typowego horroru. Wtedy zdecydowanie łatwiej będzie się w nią wciągnąć.
Serial w dużej mierze opiera się na psychologii postaci, bardzo dużo zależy tutaj właśnie od nich. I trzeba przyznać, że znajdziemy wśród nich naprawdę ciekawe przykłady. Są też jednak takie, które pokazują, że nie wszystko zadziałało równie dobrze. Margaret White to zdecydowanie najlepsze, co oferuje ta produkcja. Jej postać została bardzo ciekawie rozwinięta i zaadaptowana do współczesnego świata. Co więcej, pierwszy raz poczułam wobec Margaret jakiekolwiek pozytywne emocje. I to jest naprawdę interesujące doświadczenie, bo wcześniej zdecydowanie nie należała do postaci, które wzbudzały we mnie szczególnie ciepłe uczucia. Z drugiej strony mamy całą paradę chodzących stereotypów młodego pokolenia, na czele z Chris. Tina i Sue również podążają podobnym, mocno utartym schematem. Niby poświęcamy naprawdę sporo czasu na poznanie Chris, ale szkoda, że ostatecznie zachowuje się jak typowa szkolna bully. Do końca nie wiem, czy twórcy chcieli ją w ten sposób usprawiedliwić i uczłowieczyć, czy może pokazać, skąd bierze się jej zachowanie. Jeśli taki był cel, to zdecydowanie nie udało im się to w moich oczach. Na plus zaliczam natomiast wątek nauczycielski. Te postacie przynajmniej nie były kolejnymi chodzącymi stereotypami i miały coś więcej do zaoferowania.

Do aktorstwa właściwie nie mogę się przyczepić. Nie ma tutaj może ról, które powalają na kolana i zostaną ze mną na długo, ale cała obsada spisała się naprawdę dobrze. Samantha Sloyan jako Margaret jest świetna, choć jak już wspominałam ogromne znaczenie ma tutaj również to, jak dobrze została napisana jej postać. Summer H. Howell jako Carrie White również wypada bardzo dobrze. Aktorka świetnie przeskakuje między niewinnością bohaterki a scenami, w których Carrie daje się ponieść emocjom. Naprawdę dała z siebie tyle, ile pozwalał jej scenariusz. Zdecydowanie zwróciła moją uwagę i będę chciała zobaczyć ją w kolejnych produkcjach. Trochę szkoda mi natomiast potencjału Amber Midthunder. Pomimo tego, że dostała w serialu sporo miejsca, aktorsko nie miała tutaj za bardzo czym się wykazać.
„Carrie” to naprawdę ciekawe spojrzenie na jedną z najbardziej znanych powieści Kinga. Uwspółcześnienie historii, Summer H. Howell jako Carrie oraz Samantha Sloyan jako Margaret to zdecydowane plusy tej produkcji. Z drugiej strony mamy mocno przerysowanych szkolnych prześladowców i szkoda, że zabrakło tutaj trochę bardziej charakterystycznego dla Flanagana klimatu. Odrobina grozy zdecydowanie by się przydała, bo momentami, gdyby nie wątek paranormalny, mielibyśmy po prostu dramę rodem z „Gossip Girl”. 😅 Jest jednak w nim spory potencjał, szczególnie jeśli twórca rzeczywiście widzi w „Carrie” materiał na co najmniej trzy sezony. To może być naprawdę ciekawe rozwinięcie tego uniwersum. Podsumowując: ciekawa ekranizacja, ale zdecydowanie nie wybitna.
WIOLA:
Z Flanaganem polubiłam się już przy „Nawiedzonym domu na wzgórzu” – nieźle mnie przestraszył, ale też zainteresował tym co miał do przekazania i zaangażował w historię swoich bohaterów. Z każdym jego kolejnym projektem utwierdzałam się w przekonaniu, że nie chcę przegapić niczego co stworzy w przyszłości. Twórczość Kinga nie jest mu obca, bo dał nam już „Grę Geralta” czy „Doktor Sen”, ale „Carrie” w odróżnieniu od wspomnianych tytułów jest serialem. Miałam więc przeczucie, że pracuje nad tym odpowiednia osoba i otrzymamy coś dobrego.
Jak wspominała Gosia, nie znajdziemy tu charakterystycznego dla Flanagana klimatu grozy czego w sumie trochę mi brakowało. Nie jestem zawiedziona, bardziej zaskoczona, bo liczyłam na większe ciarki. Obserwujemy jak otoczenie w jakim się znalazła stopniowo popycha Carrie na skraj wytrzymałości, dlatego przygotujcie się na wolniejsze tempo. Jednocześnie uważam, że to dobry zabieg. Każdy z jego dotychczasowych seriali skupiał się nie tyle straszeniu, widza co na psychologii postaci a w tym moim zdaniem Flanagan odnajduje się świetnie. Relacja Carrie z matką, która wcześniej była najbardziej rozpoznawalna w tej historii teraz stanowi punkt wyjścia i pokazuje jak to czego ją nauczono i czego pozbawiono trzymając pod matczynym kloszem odbija się na jej postrzeganiu rzeczywistości i kontaktach z młodzieżą. Carrie ma w sobie sporo dziecięcej ciekawości i naiwności a sceny nękania z wykorzystaniem mediów społecznościowych mocno wybrzmiewają przez osadzenie historii bardziej współcześnie. Summer H. Howell jako Carrie jest przekonująca i nietrudno jej współczuć. Bardzo dobrze wypada też w scenach pełnych napięcia kiedy emocje biorą górę i staje się mniej bierną postacią. Uważam, że to najlepsza kreacja tej bohaterki od czasów adaptacji z Sissy Spacek. Równie trafnym wyborem castingowym okazało się obsadzenie Samanthy Sloyan jako Margaret White. Kto widział „Nocną mszę” z jej udziałem ten wie, jak dobrze potrafi zagrać obsesyjną, nieznoszącą sprzeciwu postać. Ciekawym wątkiem była jej reakcja na traktowanie Carrie i wzięcie sprawy w swoje ręce co nie obyło się bez konsekwencji.

Choć matka i córka niosą ten serial, warto wspomnieć o innych postaciach. Alison Thornton jako Chris Hargensen jest przekonująco nie do zniesienia, ale nie trafia do mnie kompletnie próba zrozumienia czy usprawiedliwienia jej zachowania. Jednocześnie to ciekawy wątek próbujący pokazać jak może odbić się na nastolatce brak obecności czy zaangażowania rodzica i odreagowywanie na to w sieci. Za to Sienna Agudong i Joel Oulette jako Sue Snell i Tommy Ross nie zaskakują pod względem aktorskim i jakoś nie zostaną ze mną na dłużej. Amber Midthunder wyróżnia się najbardziej spośród przewijających się nauczycieli i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczymy ją w innym projekcie Flanagana. Miałam poczucie, że za dużo lawirujemy między innymi postaciami kiedy najbardziej obchodziła mnie Carrie. To pewnie wyczuwalne przez serialowy format. Ale! Fani Flanagana na przestrzeni lat pewnie zdążyli zauważyć jak często znajome twarze przewijają się w jego kolejnych projektach. Nie inaczej jest w tym przypadku. Samantha Sloyan nie jest jedną w obsadzie. Znajdziecie też kilku bohaterów na drugim i dalszym planie co uważam za ciekawy easter-egg nawet jeśli na pojawiają się aż tak często na ekranie.
Wspomniałam o wolniejszym tempie i stopniowym budowaniu napięcia. Atmosfera jest stopniowo podkręcana wraz ze złością wzbierającą w Carrie z powodu sytuacji w szkole i relacji z matką. Podobają mi się fragmenty pojawiające się na początku odcinków, które w pewnym stopniu nawiązują do tego co przed nami. No i soundtrack zdecydowanie do mnie trafia. I najważniejsze. Jeśli znacie tę historię wiecie czego się spodziewać. I muszę przyznać, że bal maturalny, TA SCENA i wydarzenia po są mocne. Moment w którym urywa się odcinek 7 i wjeżdżają napisy końcowe działa na wyobraźnię rewelacyjnie. Nie jest to może mój ulubiony serial Flanagana, ale wypada bardzo dobrze. Mam nadzieję, że zaadaptuje jeszcze jakąś powieść Kinga.
Dziękujemy Prime Video za przedpremierowy dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię.
Zalety „Carrie”
- ciekawa, uwspółcześniona interpretacja powieści Stephena Kinga
- mocny nacisk na psychologię bohaterów
- bardzo dobrze poprowadzona relacja Carrie i Margaret
- nowe wątki i elementy świata, które mogą zostać rozwinięte w potencjalnych kolejnych sezonach
Wady „Carrie”
- brak charakterystycznego dla Flanagana klimatu grozy
- serial momentami bardziej przypomina młodzieżowy dramat niż horror
- wolniejsze tempo może nie przypaść do gustu każdemu
- zbyt mocno przerysowane postacie szkolnych prześladowców
- potencjał części obsady nie został w pełni wykorzystany

