Wartownicy (Opinia bezspoilerowa)
Czy da się jeszcze opowiedzieć coś ciekawego o I wojnie światowej? Byłem przekonany, że nie. Temat został już przeorany wzdłuż i wszerz przez różne media (od filmów po gry wideo). Tymczasem serialowa adaptacja komiksu „Les Sentinelles” udowadnia, że wciąż jest tu przestrzeń na świeże i angażujące spojrzenie. I to na tyle skuteczne, że po obejrzeniu ostatniego odcinka natychmiast zamówiłem komiks!
„Wartownicy” to francuska produkcja Canal+, w której Francuzi powołują oddział do zadań specjalnych, tytułowych Wartowników. Są to żołnierze, którzy po przyjęciu specjalnego serum zyskują zwiększoną siłę i refleks (coś na wzór Zimowego Żołnierza z Marvela). Szybko jednak okazuje się, że Niemcy pracują nad własną wersją Wartowników, co natychmiast niweluje militarną przewagę, eskaluje konflikt i zaczyna się wyścig z czasem, któremu w tle towarzyszą emocjonujące i angażujące dramaty ludzkie.
Przyznaję, że opis fabuły początkowo mnie nie zachęcał. Motyw „superżołnierzy” pasuje do realiów I wojny światowej, ale za dużo widziałem tu wtórności względem Marvela. Serial jednak rozgrywa ten koncept bardzo umiejętnie. Kluczowy okazuje się sposób rekrutacji: do programu trafiają ofiary wojny, a samo przyjęcie serum często kończy się śmiercią, co od razu podnosi stawkę i przypomina, że nie są to czasy łaskawe dla kogokolwiek – o czym przekonujemy się bardzo szybko, serio. Każdej decyzji towarzyszy ogromny ciężar emocjonalny, który napędza osobne, dobrze poprowadzone historie bohaterów.

Bardzo podobało mi się również to, jak rozwijany jest sam wątek Wartowników. Po pierwsze, ich moce utrzymano w realistycznych granicach. Nie są „aktywne” przez cały czas, a nawet po użyciu serum bohaterowie wciąż pozostają śmiertelni. Jedna kula w głowę i wszystko się kończy. Po drugie, ich zdolności przekładają się na świetnie zrealizowane sekwencje akcji: dominują ciche misje, skradanie się i precyzja, a otwarta walka przypomina działania Batmana w wersji „podrasowanej”, ale nadal osadzonej w realiach wojny. Z koncepcji nieco wypadają zdolności psychiczne, pojawiające się w serialu w kilku momentach. Nie do końca mnie one przekonały. Zarówno wizualnie (czarne oczy wypadają momentami sztucznie), jak i fabularnie, bo brak dokładniejszego wyjaśnienia zaburza wiarygodność, gdy bohaterowie nagle zyskują nowe moce. Z drugiej strony wpisują się one w mroczną stylistykę serialu, która jest obecna od pierwszych minut i nadaje całości specyficzny, ciężki klimat. Ten mrok najlepiej działa w przypadku Übermenscha czyli klasycznego „czarnego charakteru”, sportretowanego na poziomie Dartha Vadera z „Łotra Jeden”. To postać, która samym wejściem na scenę potrafi wywołać aurę niepokoju, a jego dominacja w starciach z bohaterami robi ogromne wrażenie. Twórcy nie stosują tu półśrodków. Akcja (każda, nie tylko z tą postacią) jest brutalna, konkretna i bez taryfy ulgowej. Co ważne, kreacja tej postaci utrzymuje swoją siłę do samego końca sezonu, unikając tanich usprawiedliwień czy łagodzenia jej wizerunku. Wręcz przeciwnie. Wprowadzane są kolejne wątki budujące tajemnicę i rodzące pytania, które aż proszą się o rozwinięcie w kolejnych sezonach.
Serial odbieram jako pełnoprawną opowieść osadzoną w realiach I wojny światowej. Od pierwszego odcinka dominuje poważny, ciężki ton, widoczny przede wszystkim w tle wydarzeń. Zniszczone budynki, poszarpane ściany, ziemia poorana wybuchami, przepełnione poligony i społeczeństwo dotknięte wojną na każdym kroku – wszystko to tworzy bardzo wiarygodny obraz epoki. Kontrastem są bogatsze przestrzenie, jak ekskluzywne kluby oferujące chwilę ucieczki od rzeczywistości. I tu pojawia się skojarzenie z „Peaky Blinders” czy „Rodem Guinnessów”. „Wartownicy” zachwycają kostiumami najwyższej klasy: dopracowanymi, zróżnicowanymi i znakomicie oddającymi ducha epoki (wymiatają zbroje Wartowników!). Całość dopełniają piękne zdjęcia, świetna praca kamery i światła. Moją ulubioną sceną pozostaje przemarsz Wartowników przez pole bitwy o zmierzchu, spowite gęstą mgłą – obraz absolutnie hipnotyzujący. Oczywiście nie brakuje muzyki adekwatnej do czasów, która była na tyle umiejętnie dopasowana do scen, że zlewała się z nimi.

Porównanie do wspomnianych seriali nie jest przypadkowe również pod względem fabularnym. „Wartownicy” stawiają na wielowątkowość, a sam tytułowy motyw nie był dla mnie najciekawszym elementem. Największą uwagę przyciągały intrygi polityczne rozgrywane u Barona: pełne manipulacji, nieoczywistych decyzji i zmieniających się sojuszy. Jego motywacje długo pozostają niejednoznaczne, co tylko wzmacnia napięcie. Bardzo dobrze wypadają także wątki emocjonalne. Relacja Gabriela z żoną Irene została poprowadzona z wyczuciem. Trauma bohatera nadaje mu głębi i wiarygodnie tłumaczy jego przemianę. Olivia Ross świetnie wypada jako Irene, kreując postać silnej, zdeterminowanej kobiety, która idzie naprzód mimo przeciwności. Jest też Marthe czyli rozdarta wewnętrznie lekarka. To motyw znany z podobnych produkcji, ale Pauline Étienne potrafiła nadać mu świeżości, pokazując całą gamę emocji: od współczucia wobec obiektów badań po wątki religijne. Jej postać zyskuje szczególnie w drugiej połowie sezonu, budując niepokojący, wieloznaczny portret.
Na siłę przyczepiłbym się do rozbudowania postaci. Dużo bohaterów przewija się na ekranie, najważniejszym poświęcono dużo czasu, żeby się z nimi zapoznać, czego nie mogę powiedzieć o drugoplanowych z „niemałymi rolami” np. prawie nic nie dowiadujemy się o jednostkach z tytułowego oddziału Wartowników – zabrakło mi przynajmniej 1-2 scen, w których drużyna mogłaby spędzić czas ze sobą przy kuflu piwa, powspominać co nieco, a przede wszystkim zacieśnić ze sobą więzi, aby oddać kompanię wojenną z krwi i kości. Innym przykładem jest Baron, którego obecność jest zauważalna na ekranie, ale bardzo mało dowiadujemy się z serialu do postaci, żeby nabrać o nim więcej zdania nim „wkurzający, zapatrzony w siebie manipulant”.
Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.


