TRANSFORMERS TOM 5 (Opinia)
Dotychczasowe tomy „Transformers” od Nagle Comics trafiły w mój gust, ale dopiero na kolejny tom ostrzyłem sobie zęby za sprawą nowego duetu kreatywnego, który uwielbiam: Kirkmana za „Żywe Trupy” i Dana Morę za tytaniczną pracę dla DC!
No i efekty pracy Kirkmana i Mory zadowoliły mnie z nawiązką, bo seria zyskała drugie życie pod ich batutą! Sam motyw wyjściowy nie był odkryciem Ameryki względem poprzednich tomów, wręcz szło to schematycznie: Autoboty i Decepticony liżą swoje rany, zbroją się, aż dochodzi do kolejnej wielkiej potyczki. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a konkretnie w sposobie zagospodarowania gigantycznych robotów.
W trakcie czytania czułem się jak podczas „Gry o tron”. Po raz pierwszy na taką skalę są tasowane układy sił: normą jest spiskowanie Decepticonów między sobą, ale tym razem zabiegi pojawiły się też wśród Autobotów, co wprowadziło zupełnie nową dynamikę i kierunek fabuły, a na koniec dostajemy konkretne rozliczenie. Twórca wprowadził tu śmiałą zmianę, która ma nie tylko fizyczne, ale i symboliczne znaczenie, a sama seria zdecydowanie tego potrzebowała, żeby nie oferować z tomu na tom tego samego.
Wyrwanie się ze schematów miało miejsce też za sprawą ludzkiego wątku. Ludzie, a konkretnie wojsko amerykańskie, przestali być kaczkami do odstrzeliwania i pokazali pazur w rozmowie z Optimusem. Dysponują konkretnymi zasobami i rozwiązaniami, które zmieniają układ sił, a wśród nich dochodzi do wewnętrznych konfliktów. Potrafili zaskoczyć siłą ognia i pokazać, jak można kierować tym wątkiem w rozwoju serii. Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o nastoletnich bohaterach z poprzednich tomów, bo… są właściwie po nic? Kilka stron z nimi zupełnie nic nie wnosi do komiksu, a ich obecność można sprowadzić do „bo musieli się pojawić”, co było całkowitą stratą czasu twórców, który można było lepiej wykorzystać.
Na łamach portalu wielokrotnie chwaliłem rysunki Dana Mory (mojego ulubionego rysownika komiksowego). Nic nowego, sensownego nie będę w stanie dopowiedzieć poza dwiema kwestiami. Pierwsza: artysta świetnie poradził sobie z proporcjami robotów, wyraźnym zróżnicowaniem ich wyglądu (nawet kiedy koncepcyjnie są do siebie podobne, jak żeńskie Autoboty) i uchwyceniem ich siły na wybranych planszach. Szczególnie zachwyciły mnie pełnostronicowe ujęcia Autobotów od dołu, bo miało to swoją epicką siłę, co i tak było niczym, kiedy do akcji wchodził Optimus czy Megatron (zwłaszcza ten drugi, który z kipiącą brutalnością na twarzy rozrywał Autoboty w epicki sposób).
Druga kwestia to nadanie robotom ludzkich cech, które Mora wypracował z Kirkmanem. Chwaliłem to już przy poprzednich tomach, ale teraz mam wrażenie, że emocje na twarzach robotów wybrzmiewały jeszcze mocniej, a w połączeniu z dokładnie opisanymi przez Kirkmana wewnętrznymi rozterkami robiło to jeszcze większe wrażenie. Oczywiście Mora nie zapomniał, jakim typem bohaterów dysponuje, i diabeł znów tkwił w szczegółach: brudzenie metalu, rysy i uszczerbki oraz przejścia kolorystyczne nadające metaliczność, różnicowane wspomnianymi zabrudzeniami (kawał konsekwentnej pracy przy tworzeniu bohaterów).
Dziękuję Nagle Comics za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst pierwotnie opublikowany na Uniwersumdccomics.com.pl

