Recenzje serialiWspółpraca

Paradise – Sezon 1 (Opinia bezspoilerowa)

„Raj to miejsce, w którym wszystko miało się udać.” Apokalipsa, koniec świata i tajne schrony dla elit to motywy, które widzieliśmy już nie raz. Popkultura od lat lubi zaglądać do światów budowanych na gruzach cywilizacji i zadawać pytania o to, kto tak naprawdę zasługuje na przetrwanie. Gdy Apple zbiera pochwały za serialową adaptację trylogii „Silos”, Hulu postanawia dorzucić coś od siebie, polityczny thriller rozgrywający się w odciętym od świata podziemnym mieście, gdzie walka o władzę i kontrolę okazuje się równie istotna jak sama wizja końca świata.

fot. Disney+

Paradise” zabiera nas do podziemnego miasta, które miało być bezpieczną przystanią po globalnej katastrofie. To miejsce stworzone przez elity, zaprojektowane tak, by przetrwać koniec świata i jak najdłużej podtrzymywać pozory normalnego życia. Na pierwszy rzut oka wszystko działa tu według ściśle ustalonych zasad, ale pod idealnie zaplanowaną powierzchnią szybko zaczynają pojawiać się pęknięcia. Przewodnikiem po tej zamkniętej rzeczywistości jest agent Xavier Collins (Sterling K. Brown), odpowiedzialny za bezpieczeństwo prezydenta. Jego uporządkowana rutyna zostaje brutalnie przerwana przez zabójstwo głowy państwa, wydarzenie, które uruchamia lawinę pytań, podejrzeń i politycznych napięć, wywracając ten „raj” do góry nogami.

To w gruncie rzeczy dość sztampowa historia z bohaterami, których już gdzieś widzieliśmy. Ale kiedy przestanie się wyłapywać drobne nieścisłości i da się porwać fabule, serial ogląda się zaskakująco przyjemnie. Nie jest to produkcja, która zachwyca wybitnym scenariuszem, ale wszystko jest tu po prostu solidne. A to wystarcza, żeby polubić bohaterów, zrozumieć ich motywacje i bez znużenia dobrnąć do kolejnych odcinków. Z mojej perspektywy, twórcy zbyt szybko podają nam rozwiązania na talerzu. Zamiast pozwolić widzowi samemu składać elementy układanki i snuć teorie, serial często prowadzi za rękę, wyjaśniając kluczowe wątki niemal od razu. Niezbyt chętnie bawi się z nami w kotka i myszkę, a szkoda, bo właśnie tajemnica i niepewność mogłyby tu zadziałać najmocniej. Mam wrażenie, że więcej niedopowiedzeń, drobnych tropów i przestrzeni na interpretację wyszłoby „Paradise” na dobre, nadając tej historii głębi i większej siły oddziaływania. Na plus zdecydowanie wypadają przeskoki w czasie do wydarzeń sprzed apokalipsy. Dzięki tym zabiegom lepiej poznajemy nie tylko bohaterów, ale również historię samego miasta. Buduje to solidne fundamenty pod główną fabułę i działa jak dodatkowy element układanki, który stopniowo nabiera sensu.

fot. Disney+

Sterling K. Brown w głównej roli agenta Xaviera Collinsa wypada bardzo dobrze, choć sama postać jest tak sztampowa, jak tylko może być. Być może to niepopularna opinia, ale nie do końca rozumiem nominacje, choćby do Emmy czy Złotych Globów, za tę rolę. Nie zrozumcie mnie źle: to świetnie zagrana postać. Po prostu, moim zdaniem, nie jest ani wybitna ani szczególnie złożona. Zdecydowanie ciekawiej wypadają Julianne Nicholson i James Marsden. Nicholson jako Sinatra to najciekawsza postać tej produkcji, złożona, pełna zagubienia i traumy, a przy tym niewahająca się przed niczym. James Marsden natomiast jako prezydent Cal Bradford daje jeden z najlepszych występów w swojej karierze. To naprawdę świetna, wielowymiarowa rola.

Tak więc nie można powiedzieć, że „Paradise” „męczy bułę”. Serial bardzo szybko przechodzi od tajemnicy do solidnej dawki akcji, nie pozwalając widzowi się nudzić. To produkcja może nie wybitna, ale całkiem angażująca, z bohaterami, których łatwo polubić i zrozumieć ich motywacje. Zostawiła mnie z wyraźną chęcią sięgnięcia po drugi sezon, choć daleko mi tu do zachwytów. Jestem jednak ciekawa, w którą stronę pójdą twórcy w kolejnych odcinkach. Nie jest to serial wybitny, ale zdecydowanie taki, który chce się oglądać dalej.

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.