Recenzje serialiWspółpraca

Once Upon a Time in Wonderland (Opinia bezspoilerowa)

Once Upon a Time in Wonderland” to krótki, trzynastoodcinkowy spin-off serialu „Once Upon a Time”, który przenosi widza do jednego z najbardziej znanych i charakterystycznych światów baśni czyli Krainy Czarów. Jak możecie się domyślić, główną bohaterką jest Alicja. Jednak jak to w przypadku tego uniwersum bywa – nie jest to historia znana czytelnikom a bardziej luźna wariacja zawierająca niejeden twist fabularny. To opowieść o miłości silniejszej niż rozsądek, o szaleństwie, które bywa jedyną formą wierności samemu sobie, i o świecie, gdzie logika ustępuje miejsca emocjom.

Centralną postacią jest Alicja (w tej roli Sophie Lowe) młoda kobieta zamknięta w wiktoriańskim zakładzie psychiatrycznym, uznana za obłąkaną z powodu opowieści o Krainie Czarów i dżinie, w którym się zakochała. W przeciwieństwie do klasycznych adaptacji, ta Alicja nie jest jedynie zagubionym dzieckiem, lecz dojrzalszą, zranioną bohaterką, której determinacja staje się osią całej fabuły. Lekarze próbują ją „wyleczyć”, wymazać wspomnienia, przekonać, że miłość, o której mówi, jest tylko wytworem chorego umysłu. I już od pierwszych minut wiadomo, że to nie będzie bajka pełna barw i absurdu, ale historia o determinacji i bólu rozłąki. Alicja nie chce zapomnieć, bo zapomnienie oznaczałoby zdradę uczucia. Historia prowadzona jest dwutorowo – w teraźniejszości, gdy bohaterka próbuje powrócić do Krainy Czarów i ukochanego, jak i z perspektywy ich poprzedniego spotkania kiedy się poznają i w sobie zakochują.

fot. ABC

To co mnie urzekło to wyraźnie wyczuwalny klimat oryginalnej serii. Co więcej, pojawiają się tu bohaterowie znani widzom ze Storybrooke – miasteczka w którym rozgrywa się akcja „Once Upon a Time” – dzięki czemu historia o Alicji stanowi samodzielną przygodę i jednocześnie dodatkowy rozdział większej opowieści. Jeśli lubicie retellingi baśni będziecie zachwyceni. Co prawda efekty specjalne wyraźnie się zestarzały, uczucie między Alicją a Cyrusem (Peter Gadiot) zdaje się rozwijać za szybko, momentami bywa ckliwie i przewidywalnie, ale jednego możecie być pewni – poczujecie się jakbyście cofnęli się w czasie do lat dziecięcych/nastoletnich. Nie ma tu ironii ani dystansu – serial traktuje uczucie pomiędzy głównymi bohaterami śmiertelnie poważnie. Co zdecydowanie kojarzyło mi się z bajkami Disneya. Dla jednych może to być zbyt patetyczne, dla innych właśnie to stanowi jego największą siłę. W świecie, w którym wszystko jest przesadą, również emocje muszą takie być. A raczej to próbują nam zasugerować twórcy.

Jednak to nie ta para skradła moje serce. Tam gdzie Alicja jest też Królowa Kier i jej historia miłosna. Emma Rigby w tej roli kupiła mnie od pierwszej sceny. Z pozoru wpisuje się w archetyp kapryśnej, okrutnej władczyni, ale bardzo szybko okazuje się kimś znacznie bardziej tragicznym i uwikłanym w sidła konsekwencji swoich decyzji niż złowrogim. Jej wątek to opowieść o marzeniu wspięcia się na szczyt w hierarchii – nawet jeśli po drodze poświęci wszystko, w tym miłość. Ambicja i pragnienie bezpieczeństwa popchnęły ją do wyborów, które zniszczyły jej zdolność do kochania i bycia kochaną. To postać niejednoznaczna (takie lubię najbardziej) rozdarta, emocjonalnie krucha, próbująca ukryć wrażliwość pod maską okrucieństwa. Dzięki temu Królowa Kier przestaje być tylko baśniową tyranką, a staje się symbolem tego, jak władza i strach przed odrzuceniem potrafią wypaczyć uczucia i zniszczyć to, co w człowieku najbardziej ludzkie. Będąca pionkiem w rękach Jafara (tak, tego właśnie – niestety nie spotkacie tu Aladyna, ale szukajcie tej postaci w oryginalnej serii) stanowi jedynie symbol władzy, która nie należy do niej. Właśnie dlatego i on równie mocno zapada w pamięć jako antagonista. To jedna z najlepiej napisanych postaci w uniwersum: chłodny, inteligentny, pozornie opanowany, a wewnętrznie pełen gniewu i bólu. Jego dążenie do władzy nad magią dżinów nie jest tylko ambicją, lecz próbą ucieczki od własnej bezsilności i traum.

fot. ABC

Odkładając emocje na bok muszę szczerze wspomnieć, że tempo bywa nierówne. Szczególnie w środkowych odcinkach, gdzie intrygi polityczno-magiczne chwilami dominują nad resztą. Czuć też, że trzynaście odcinków to trochę za mało, by w pełni rozwinąć potencjał wszystkich postaci. Niektóre relacje aż proszą się o więcej czasu ekranowego – jak choćby Królowa Kier i jej ukochany. Z drugiej strony ta zwięzłość sprawia, że historia nie rozmywa się i zmierza do emocjonalnego finału. Podoba mi się dobrze znany wątek walki z przeznaczeniem i przewijające się pytanie o to czy lepiej żyć w bolesnej prawdzie, czy w bezpiecznym zapomnieniu. Kraina Czarów staje się tu metaforą ludzkiej psychiki – pięknej, chaotycznej, pełnej iluzji i lęków. Warstwa wizualna buduje atmosferę snu: intensywne kolory, orientalne inspiracje, surrealistyczne przestrzenie i bogate kostiumy współgrają z przedstawianą historią. Jak wspomniałam bywa ckliwie i patetycznie, ale jednocześnie w baśniowym klimacie moim zdaniem tego typu dialogi są jak najbardziej na miejscu.

Ten serial nie jest bez wad, ale to zdecydowanie historia, którą bardziej się przeżywa, niż analizuje. Pełna magii opowieść o miłości, która nie godzi się na zapomnienie i o świecie, w którym uczucia są potężniejsze niż magia. Idealna na seans wtedy, gdy ma się ochotę zanurzyć w baśniowym smutku, romantyzmie i tęsknocie – jak we śnie, z którego nie do końca chce się obudzić. Jeśli szukacie czegoś co umili Wam mroźne wieczory, oderwie od rzeczywistości i przeniesie gdzieś gdzie wszystko jest możliwe „Once Upon a Time in Wonderland” nada się idealnie! PS. Choć wspomniałam, że jest to spin-off „Once Upon a Time” możecie obejrzeć ten tytuł w dowolnym momencie a nawet od niego zacząć – może akurat zachęci Was do wyruszenia w znacznie dłuższą podróż – wrażeniami z seansu oryginalnej serii też się z Wami podzielę.

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.