Chad Powers: Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)
„Chad Powers” jest świetny, zgadzacie się ze mną? Jeśli tak, to zupełnie nie rozumiem, dlaczego u nas jest tak cicho wokół tej produkcji. Dużo się mówi, że to „Disneyowski odpowiednik Ted Lasso”, co nie do końca jest prawdą. Pierwszy sezon pokazał, że mimo podobieństw serial ma sporo unikalnego do zaoferowania, a drugi sezon tylko mnie w tym utwierdził.
Fabuła drugiego sezonu wędruje w nieco inne rejony niż pierwszy. Historia wciąż skupia się na próbie zdobycia mistrzostwa w rugby, ale cała akcja bardziej koncentruje się na kamuflowaniu tożsamości i wynikających z tego problemach. W przeciwieństwie do pierwszego sezonu więcej osób zostaje wprowadzonych w tajemnicę, co rodzi zupełnie nowe komplikacje. Wokół tego udało się stworzyć naprawdę wciągające historie z niejednym elementem zaskoczenia, zwłaszcza na linii Chad-Ricky, gdzie miło patrzyło się, jak relacja tych dwojga powoli się otwierała i zacieśniała, a problematyczne chwile zbliżały ich do siebie zamiast oddalać, aż w końcu dostarczyły całkiem satysfakcjonującego kierunku dla fanów ich shipu. Wątek tożsamości Chada mocno zyskał dzięki problemom zdrowotnym Jake’a i próbie bliższego poznania się, co przez cały sezon rodziło pytanie, na ile to była chęć poznania przyjaciela, a na ile podejrzenie, że coś tu nie gra (spokojnie, sezon dostarcza konkretnych odpowiedzi na tej płaszczyźnie).
Najmocniej zaskoczyły mnie jednak reakcje drużynowe na tożsamość Chada, bo dochodzimy tu do problemu, który wymaga od niego dużo mocniejszego chronienia siebie, i to zdecydowanie najciekawszy wątek tego sezonu. Powód jest prosty, ale rozwojowy: nasze trio bohaterów (Chad, Ricky i Danny) postawione pod ścianą zaczyna grać dość mocnymi kartami, skłonne do zachowań, które z jednej strony mają swoje wytłumaczenie, ale z drugiej każą nam się zastanawiać, czy powinniśmy je pochwalać, czy karcić. Nie spodziewałem się aż takich treści w tym serialu i naprawdę skłoniły mnie one do głębszych przemyśleń. Podobnie jak wątek Chad/Russ, czyli pytanie, na ile to już dwie oddzielne tożsamości, a na ile wciąż ten sam bohater. Twórcom, o dziwo, udało się bardzo dużo z tego ugryźć.

To też sezon, w którym lepiej rozłożono akcenty między bohaterami. Nie wszystko kręci się już wyłącznie wokół Chada. Zarówno Danny, jak i Ricky, Jake, a nawet Tricia dostają więcej własnych wątków i problemów, pokazujących, jak bardzo ci ludzie żyją sportem i jak wpływa to na ich życie zawodowe i prywatne. Dzięki temu postacie zaczęły żyć własnym życiem, a ja mogłem lepiej je zrozumieć. Zwłaszcza Tricię, która w przeciwieństwie do pierwszego sezonu nie jest już zwykłą menadżerką, tylko ostro grającą osobą, która w ostatnich odcinkach pokazała pazur i mam nadzieję, że twórcy będą wiedzieli, jak dobrze rozwinąć ją w kolejnym sezonie.
Pozytywnie zaskoczyła mnie też zmiana klimatu względem pierwszego sezonu. Mniej tu komedii, więcej poważniejszego ujęcia tematu, a w drugiej połowie sezonu wręcz dramaturgii. Niekoniecznie był to klimat, na który się nastawiałem, ale mocniej wciągnąłem się w historię, bo nie była to zmiana dla samej zmiany, tylko sensowne poprowadzenie fabuły i postaci poza ramy sportowej rywalizacji. Mam tu na myśli zwłaszcza Gerry’ego, który od pierwszego sezonu był postacią obrywającą, a w drugim postawiono na niego mocniej, co okazało się dobrym pomysłem – jako czarny charakter zyskał solidny fundament, dzięki któremu stał się prawdziwym zagrożeniem, i to na tyle inteligentnym w swoich działaniach, że w pewnym momencie zamiast zaskoczenia zacząłem mu wręcz kibicować.

Zmiana tonu sezonu dobrze wpłynęła też na poziom gry aktorskiej. Aktorzy w końcu mieli okazję pokazać więcej ze swoich umiejętności. Perry Mattfeld i Frankie A. Rodriguez mieli więcej okazji do wyrażania smutku, złości czy ogólnego zagubienia, i robili to z dużą ekspresją, dzięki której ich postacie zyskały mega energię. Colton Ryan udźwignął ciężar bohatera, który z odcinka na odcinek robi się coraz bardziej zdesperowany, a w pewnym momencie wręcz szalony. Glen Powell po raz kolejny zaskoczył tym, jak płynnie i umiejętnie tworzy jedną postać w dwóch wydaniach. Właściwie powtórzył swój występ z pierwszego sezonu z całym wachlarzem zalet, a nawet zyskał więcej w relacji z Ricky, bo ich chemia weszła na zupełnie nowy poziom.
Podobnie jak w pierwszym sezonie, zabrakło mi tu jednak sportu w samym sporcie (pod tym względem jest nawet gorzej). Przez pięć z sześciu odcinków ten element jest niemal nietknięty., Widać go gdzieś tam w tle, ale zdecydowanie za mało wchodzenia na boisko. Zadośćuczynieniem jest finałowy odcinek, gdzie sportu jest naprawdę sporo, razem z konkretnymi akcjami i taktykami, i tam widać dobrze odrobioną pracę domową oraz fizyczne przygotowanie zawodników. Ale jeden odcinek to trochę mało satysfakcjonujące na tle reszty, prawda? Szkoda mi też wątków charakteryzacji, która w pierwszym sezonie była jedną z mocniejszych stron serialu, a tutaj została zredukowana do dwóch, trzech momentów pokazujących, że coś poszło nie tak? Zero pokazania samego procesu przygotowania czy używanych technik, tylko tego, jak improwizowano, żeby ukryć problem, a nie jak się go rozwiązuje.
Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Zalety drugiego sezonu
- Dojrzalszy i bardziej dramatyczny ton
- Ciekawie poprowadzony wątek tożsamości, zagrożeń wokół niego i dylematów moralnych
- Lepszy balans w prowadzeniu bohaterów i postaci drugoplanowanych
- Świetny antagonista
- Pogłębienie relacji główny postaci i ekranowej chemii mięzy nimi
- Znakomita gra aktorska (Glen Powell, Perry Mattfeld, Frankie A. Rodriguez, Colton Ryan)
- Udany finał sportowy, ale…
Wady drugiego sezonu
- …za mało sportu przez cały sezon (praktycznie nieobecny)
- Zredukowany wątek charakteryzacji

