Współpraca reklamowa

Helen z Wyndhorn (Opinia bezspoilerowa)

„Helen of Wyndhorn” to jedna z tych historii, które trudno zamknąć w jednej kategorii. Mamy tu fantasy pełne tajemnic i niezwykłych miejsc a z drugiej strony bardzo osobistą opowieść o stracie, dorastaniu i próbie odnalezienia własnego miejsca w świecie. Skłamałabym twierdząc, że nie przyciągnęła mnie okładka. Tak właśnie było. Już na pierwszy rzut oka sugeruje mroczny klimat, który uwielbiam, więc nie mogłam przejść koło tego tytułu obojętnie. Czy był zachwyt? Sprawdźcie opinię żeby się przekonać!

O czym jest „Helen z Wyndhorn”?

Komiks opowiada o Helen Cole, nastolatce, która po śmierci ojca zostaje wysłana do Wyndhorn – ogromnej, odizolowanej posiadłości należącej do jej rodziny. Dziewczyna praktycznie nie znała swojego ojca, ale wie, że był niezwykle popularnym autorem powieści przygodowych i fantasy. Trafiając do miejsca, w którym spędził część życia, zaczyna odkrywać jego przeszłość jak i świat, który wydaje się znacznie bardziej niezwykły, niż mogłaby przypuszczać.

fot. Serialomaniak

Co mi się podobało?

Największym atutem komiksu jest jego klimat. Wyndhorn sprawia wrażenie miejsca wyjętego z baśni – pięknego, magicznego, ale jednocześnie trochę smutnego i niepokojącego. Czytając kolejne rozdziały, miałam wrażenie, jakbym sama spacerowała po starych korytarzach tej posiadłości i próbowała odkryć jej sekrety. To właśnie ten nastrój sprawił, że trudno było mi oderwać się od lektury, nawet kiedy fabuła zwalniała. Najważniejsze są tutaj emocje, atmosfera i bohaterowie. Już od pierwszych stron czuć, że twórcy chcą opowiedzieć historię, którą bardziej się przeżywa, niż po prostu śledzi. To opowieść o rodzinie, dziedzictwie, żałobie, poszukiwaniu własnej tożsamości i o tym, jak historie wpływają na nasze życie. Pod warstwą fantasy kryje się zaskakująco dużo emocjonalnej głębi.

Nie sposób nie wspomnieć o rysunkach autorstwa Bilquis Evely. Są absolutnie przepiękne. Każdy kadr wygląda momentami jak ilustracja z luksusowego wydania baśni. Artystka świetnie operuje detalem, perspektywą i mimiką postaci. Szczególnie zachwycają sceny, w których realizm miesza się z fantastyką. To jeden z tych komiksów, przy których można regularnie zatrzymywać się tylko po to, by podziwiać kolejne strony. Byłyby z nich świetne plakaty! Równie ważną rolę odgrywają kolory. Są niezwykle nastrojowe i pomagają budować emocje. Ciepłe, złociste odcienie podkreślają baśniowy charakter historii, podczas gdy chłodniejsze barwy wzmacniają poczucie samotności, smutku czy zagrożenia. Dzięki temu komiks działa nie tylko fabularnie, ale również wizualnie i emocjonalnie.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sama Helen. To bohaterka daleka od ideału, często zagubiona, impulsywna i pełna sprzeczności. Dzięki temu wydaje się autentyczna. Jej emocje są wiarygodne, a proces dojrzewania przedstawiono bez przesadnego idealizowania. Łatwo zrozumieć jej frustrację, samotność czy potrzebę znalezienia własnego miejsca. To właśnie ona sprawia, że nawet spokojniejsze fragmenty historii angażują emocjonalnie.

Co mi się nie podobało?

Już po poprzednich akapitach możecie wyłapać, że komiks zdecydowanie trafił w mój gust. Czy to oznacza, że wszystko zagrało? No, prawie. Przede wszystkim tempo narracji bywa nierówne. Mamy tu atmosferę ponad akcję. Dla części czytelników będzie to ogromna zaleta, ale osoby oczekujące dynamicznej fabuły mogą poczuć się rozczarowane. Są momenty, w których historia zwalnia niemal całkowicie, skupiając się wyłącznie na emocjach lub budowaniu nastroju. Mamy też trochę niedopowiedzeń. Najbardziej aż prosi się o rozwinięcie historia ojca Helen a dokładnie tego, kim naprawdę był, jak żył i jak jego twórczość oraz decyzje wpłynęły na Wyndhorn. Sporo niedosytu zostawia też sam świat posiadłości i jego „zasady”, bo dostajemy tylko fragmenty większej układanki.

Wydanie

Polskie wydanie „Helen z Wyndhorn” wypada solidnie i estetycznie. Obejmuje wszystkie sześć zeszytów serii i w sumie ma ok. 200 stron. Mimo twardej oprawy komiks jest lekki. Papier na którym wydano – porządny a kolory nasycone przez co komiks się nie tylko szybko i wygodnie czyta, ale można się zachwycać jakością! W środku oprócz komiksu znajdziecie także fragmenty szkicownika Bilquis Evely oraz dodatkowe kolorowe ilustracje stanowiące alternatywne okładki. Są one utrzymane w odmiennych stylach, wykonane przez różnych rysowników.

fot. Serialomaniak

Czy polecam komiks?

Tak, zdecydowanie, choć nie każdemu. To komiks dla osób, które lubią klimatyczne, emocjonalne historie i nie przeszkadza im wolniejsze tempo narracji. Jeśli ktoś szuka przede wszystkim przygody, spektakularnych wydarzeń i częstych zwrotów akcji, może nie odnaleźć się w tej historii. Ta opowieść wymaga cierpliwości, ale wynagradza pod względem wizualnym. To jedna z tych historii, które bardziej się przeżywa, niż czyta. Nie jest idealna (mogłaby być bardziej rozbudowana), ale jeśli lubicie baśniowe fantasy z nutą melancholii i dużym naciskiem na emocje, warto dać jej szansę. I wiecie co? Byłby z tego świetny serial!

Dziękujemy Egmont za egzemplarz do recenzji. Wydawca nie miał wpływu na opinię i treść.