Dragon Ball Full Color: Saga o Piccollo i Saiyanach (Opinia)
Saga o Piccolo i inwazja Saiyan to absolutna topka moich ulubionych momentów w całym „Dragon Ballu”. Uniwersum Akiry Toriyamy rośnie tu w oczach, a stawka szybuje w kosmos. Dzięki wydawnictwu JPF miałem okazję przeżyć to wszystko na nowo, a edycja „Dragon Ball: Full Color” to w pełnym kolorze totalnie zmienia zasady gry!
Walka z Piccolo zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. To potężna historia (cztery tomy po ponad 200 stron!), w której Goku i ekipa mierzą się z Szatanem znanym dotąd tylko z mrocznych legend. Antagonista od pierwszej strony roztacza aurę prawdziwej grozy. Sam jego design krzyczy, że skończyło się śmieszkowanie, a zaczęła się walka o życie. Akcja ma świetne tempo, napięcie rośnie naturalnie, a postacie poboczne dostają swoje pięć minut. Toriyama zagrał tu po mistrzowsku, jeśli chodzi o wprowadzanie nowych graczy. Doskonale wiedział, kiedy zszokować czytelnika (patrz: debiut Wszechboga). Dodatkowo zablokowanie opcji natychmiastowego wskrzeszania Smoczymi Kulami drastycznie podniosło powagę sytuacji. Kto zginął, ten musiał czekać na swoją kolej, co nadało motywacjom bohaterów 100% autentyczności. W tej sadze widać też gigantyczny skok w choreografii walk. Są dłuższe, bardziej skomplikowane, a kadrowanie genialnie oddaje dynamikę ciosów. Postarzenie bohaterów to również strzał w dziesiątkę, pozwalający wyciągnąć z nich zupełnie nowy potencjał bojowy.

Później gładko wjeżdżamy w sagę o Saiyanach. Tę, która chyba najmocniej ukształtowała dzisiejsze uniwersum DB. Na scenę wpadają Raditz, Nappa i Vegeta. Toriyama fenomenalnie rozbudowuje lore, sprawnie łącząc nowe kosmiczne wątki z ziemskimi realiami. Szczęka opadła mi do samej ziemi, gdy uświadomiłem sobie, że główni bohaterowie padają martwi już na starcie z Raditzem. To brutalnie podbiło stawkę i zacementowało poczucie bezsilności, które idealnie zaprocentowało podczas ikonicznego starcia z Vegetą. Jedyny minus? Czuć, że fabuła zaczyna powoli ustępować miejsca czystej akcji. Treningi zaliczamy dzięki przeskokom czasowym, byle szybciej przejść do kolejnej bitki. Z drugiej strony walki absolutnie na tym zyskały. Są wieloetapowe, naszpikowane nowymi technikami, a rotowanie bohaterami na polu bitwy sprawia, że nawet przedłużające się starcia nie wieją nudą.
Od strony fizycznej to wydanie to po prostu złoto. Dostajemy powiększony format z piękną obwolutą, wydrukowany na grubym, matowym papierze, który nie odbija światła i kapitalnie podbija intensywność kolorów. Żadnej pikselozy, ostre jak brzytwa skany. W kolorze te dynamiczne walki nabierają zupełnie nowego wymiaru i zostawiają czarno-biały oryginał daleko w tyle. Choć w piątym tomie zabrakło materiałów dodatkowych, to w kolejnych wracają one ze zdwojoną siłą. Zakulisowe ciekawostki od Toriyamy (np. skąd brał pomysły na nazwy postaci) czy genialne, humorystyczne rozpiski technologii Armii Czerwonej Wstęgi to idealna wisienka na tym wspaniałym, mangowym torcie.

Dziękuję JP Fantastica za mangi. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

