Dragon Ball Full Color: Saga Freezera (Opinia)
W końcu dopadłem kolorowe wydanie „Dragon Ball” sagi o Freezerze i kurde… to był kawał mocnych wrażeń! Historia zaczyna się pozornie niewinnie. Krillin, Gohan i Bulma lecą na Namek, żeby zebrać Smocze Kule i wskrzesić przyjaciół. Jednak tuż po przylocie przekonują się, że nie tylko oni mają taki plan – na miejscu są już Vegeta oraz Freezer ze swoim oddziałem. Od tego momentu zaczyna się wyścig z czasem, pełen epickich walk i, co ważniejsze, mnóstwa ofiar.
I właśnie za to muszę pochwalić ten etap Dragon Ball. To nie jest ugrzeczniona opowieść. To historia, w której ścierają się rasy żądne krwi, a starcia toczą się na śmierć i życie. Vegeta bez mrugnięcia okiem dobija wrogów, a oddział Freezera wyrzyna Nameczan przy każdej możliwej okazji. Trudno zliczyć, ile osób zginęło w tej sadze, ale – niezależnie od tego, jak to zabrzmi – to dobrze zrobiło tej historii. Czuć było stawkę i potęgę przeciwników, dzięki czemu walki śledziło się w ogromnym napięciu, nigdy nie będąc pewnym, jak to się skończy.

Same starcia też weszły na zupełnie nowy poziom. Autor zaczął śmielej korzystać z energii, pocisków i transformacji, a wszystko poprowadził tak, byśmy z każdą kolejną bitwą czuli coraz większą skalę mocy. Brutalność bije z kartek – ataki dosłownie przechodzą przez postacie, a poziom zniszczeń jest spektakularny. Vegeta niszczy całe otoczenie, byle dopiąć swego, a finałowa walka wpływa na losy całej planety. Świetnie przemyślano też, jak wydłużyć te pojedynki – finał toczy się przez półtora tomu, a ani przez moment nie czułem nudy. Jedyne, do czego można się przyczepić, to poczucie czasu, które na pewnym etapie właściwie przestało istnieć (słynne „5 minut” do wybuchu planety…).
Podobała mi się też różnorodność postaci. Mnóstwo nowych sylwetek, każda z innym charakterem czy unikalnymi właściwościami (choć tutaj powoli zaczynała już zanikać różnorodność technik na rzecz czystej siły, co w dalszych seriach nie wróżyło najlepiej). Nawet postacie z tła nie były nijakie – świetnie widać to po Nameczanach, którzy mimo podobnego wyglądu, przy bliższym poznaniu okazali się bardzo zróżnicowani. Dzięki temu czuć, że to uniwersum jest ogromne, a nowe koncepcje, jak kultura Nameczan czy cała mechanika Smoczych Kul, świetnie wpasowały się w fabułę.

Oczywiście, nie koloryzujmy – widać tu sporo uproszczeń. Fabuła bywała naciągana, byle bohaterowie wyszli z opresji obronną ręką (kwestia liczby życzeń, ich zależności od losów twórcy czy legendarne „skoki mocy” po każdej walce). Niektóre momenty były tak naciągane, że z odpowiednim zapasem fasolek Senzu losy wojny potoczyłyby się zupełnie inaczej. Ale będąc szczerym – czy mi to przeszkadzało? Ani trochę! To była czysta frajda i masa emocji. Nawet te najbardziej przekombinowane powroty (Piccolo!) czy kolejne transformacje Freezera wywoływały u mnie szeroki uśmiech.
Kolorowa wersja to strzał w dziesiątkę. Barwy ożywiają otoczenie i bohaterów, a podczas walk potęgują wrażenia płynące z uwalnianej energii czy destrukcji świata. Sceny przebijania przeciwników w kolorze robią niemały efekt „wow”. Szkoda tylko, że samo Namek to w teorii głównie puste, zielone polany – wygląda to ładnie, ale czasem brakuje tam jakiejś bardziej zagospodarowanej przestrzeni. Niemniej, ta edycja wycisnęła z oryginału wszystko, co najlepsze, a dodatki w postaci notatek i ciekawostek to genialne uzupełnienie wiedzy. Uwielbiam te sekcje, serio!
Dziękujemy JP Fantastica za mangi. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

