Assassin’s Creed Black Flag Resynced (Opinia)
Wy też uważacie, że „Assassin’s Creed IV: Black Flag” to jedna z najlepszych (o ile nie absolutnie najlepsza) odsłona całej serii? Pytanie pewnie retoryczne, bo dla większości z nas historia Edwarda Kenwaya to czysty popkulturowy kult! Choć uwielbiam ten tytuł całym sercem, to do wieści o remake’u pod tytułem „Resynced” podchodziłem z mocnym dystansem. Powód był prosty: pierwowzór z 2013 roku pod wieloma względami wyprzedzał swoją epokę i nawet dzisiaj gra się w niego naprawdę dobrze. Byłem święcie przekonany, że ten odświeżony edycja to niepotrzebny skok na kasę… dopóki jej nie odpaliłem. Szczęka opadła mi dosłownie po kilku minutach grania w „Assassin’s Creed Black Flag Resynced„!
Graficzny skok jakościowy… to jest po prostu czysty kosmos! Od razu po włączeniu gry wyrwało mi z piersi głośne „Ale to wygląda!”. Twórcy wycisnęli z nowej technologii ostatnie soki, przepisując świat od podstaw z szacunkiem do oryginału. Postacie zyskały niesamowity detal w mimice (podkręconej nowymi wstawkami głosowymi) i strojach, a na elementach statków czy broni pojawiły się realistyczne faktury ze śladami zużycia i zniszczeń, co buduje obłędny realizm. Dżungle są jeszcze bardziej gęste, zróżnicowane i dzikie, a miasta tętnią życiem i przepychem – pozbyto się smętnych, pustawych obszarów z 2013 roku, zamieniając je w lokacje, aż proszące się o eksplorację, w których nie brakuje detalicznego wypełniania np. na plaży pełno jest wraków czy kamieni, z wokół budynków leżą beczki, które łatwo zniszczyć czy zdobienia charakterystyczne dla budowli jak dachówki pokryte mchem. W mieście jest tłoczniej od NPC zachowujących się naturalniej, ze zróżnicowanymi animacjami i reagującymi żwawiej na nasze poczyniania, z kolei dżungla, nawet na opustoszałych wyspach, jest tak zagospodarowana roślinnością, że chce się wejść głębiej i czmychać gdzie pieprz rośnie, kiedy znikąd pojawia się jakaś zwierzyna. Bardzo fajnie działa dopracowane oświetlenie wpływające na kolorystykę czy autentyczniej rzucanymi cieniami, żeby poczuć się jak na prawdziwych Karabiach. Wizualnie czułem się zachęcony do eksploracji, zwłaszcza że doszły nowe tereny, a gdyby tego było mało to poszerzono system znajdźki o nowe pozycje, dzieki którym można było dopieścić swoje szaty lub kadłub statku.

Absolutną gwiazdą programu wciąż pozostaje morze, które możemy doświadczać z większą swobodą niż poprzednio np. wszędzie zanurkujemy, powtarzam – WSZĘDZIE! Zachowanie fal, dynamika sztormów oraz reakcja okrętu o każdej porze dnia i nocy po prostu wprawiają w osłupienie. Podczas sztormu ciężko oderwać wzrok od niesamowicie fizycznej wody, a dźwięki zderzenia kadłuba z falami czy basowy, potężny wygar salw z potężnych dział dają czystą satysfakcję. Abordaż to znowu epickie widowisko! A jeśli komuś wciąż mało opadu szczęki, wystarczy ponurkować. Podmorski świat to majstersztyk: mnóstwo zróżnicowanej autentycznej roślinności, reagująca na pogodę paleta barw i śmigające pod wodą stworzenia sprawiają, że eksploracja dna morski w ogóle się nie nudzi.
Od strony samej rozgrywki dostaliśmy pakiet kapitalnych usprawnień m.in. automatyczny sprint, odświeżony i bardziej płynny system walki czy podkręcony parkour zdejmują z gry dawną toporność i idealnie dopasowują ją do współczesnych standardów znanych z nowszych odsłon serii – choć nie udało się wyeliminować wszystkich ograniczeń ze starej odsłony np. nadal trzeba rozglądam się za punktami do wspinaczki. Świetnie wypadły też nowości fabularne i aktywności np. nowe znajdźki fantastycznie przekładają się na personalizację floty i postaci, a dodatkowe szanty czy minigry dawkowane są z wyczuciem, nie przytłaczając gracza tak, jak miało to miejsce chociażby w Valhalli. Jednym z najmocniejszych punktów podstawki było dla mnie zarządzenie flotą i nawet tu doszły unowocześnienia m.in. możemy bardziej upiększyć statek, zmodernizować jego funkcjonalność czy pozyskać zupełnie nowych oficerów – czy muszę wspominać o szantach albo nowych „skórkach” dla kawki i załogi?

Trzon fabuły zostaje ten sam, ale z pakietem nowości… no jest skuteczne zachęcenie (wydłużające czas gry), żeby raz jeszcze wejść w tę historię np. kilka pobocznych misji czy dodatkowy rozdział głównej fabuły ze ściganiem Maynarda składające się z aż 8 etapów. Na tych misjach historia tylko zyskała, jednocześnie nie wprowadzając rewolucji. Zresztą.. na osobną brawę zasługuje decyzja o całkowitym wywaleniu wątku współczesnego! Brak przerywników z Abstergo sprawia, że narracja pędzi bez zbędnych hamulców, a my możemy w 100% zanurzyć się w genialnej, pirackiej historii, wspaniałym głosie Matta Ryana jako Edwarda i unikalnym klimacie złotej ery piractwa.
Grę ogrywałem na PS5, gdzie śmigała idealnie. Stała liczba klatek, zero spadków, błyskawiczne przejścia i wczytywanie się elementów przy domyślnych ustawieniach graficznych. Nie jestem osobą obcykaną w technikaliach, żeby bardziej ekspercko ugryźć temat, ale moje podstawowe oczekiwania zostały spełnione, aby swobodnie grać i niczym się nie irytować – z wyjątkiem NPC na początku, kiedy Edwardem musiałem wyeliminować kilku Assassinów i jeden z nich gdzieś się zawieruszył.
Dziękujemy Ubisoft za egzemplarz do recenzji. Dystrybutor nie miał wpływu na opinię i tekst.

