Zbrodnie po sąsiedzku – Sezon 5 (Opinia bezspoilerowa)
Bardzo lubię „Zbrodnie po sąsiedzku”, choć przez życiowe zawirowania długo odkładałam obejrzenie najnowszego sezonu. Bynajmniej nie z obawy o poziom produkcji, niezależnie od tego, do których sezonów mam większy lub mniejszy sentyment, serial wciąż trzyma naprawdę dobrą formę. W dużej mierze to zasługa świetnej obsady, która potrafi wyciągnąć maksimum nawet z nieco słabszego scenariusza. „Zbrodnie po sąsiedzku” to trochę jak comfort food w świecie seriali, wracasz, wiesz mniej więcej czego się spodziewać, a mimo to nadal dobrze się bawisz. Arconia po raz kolejny otwiera swoje drzwi dla nowej tajemniczej zbrodni, a Charles, Oliver i Mabel ponownie pakują się w śledztwo, które szybko wymyka się spod kontroli. Zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami z 5. sezonu i kolejnej kryminalnej zagadki skrywanej przez najbardziej pechowy budynek w Nowym Jorku.

W najnowszym sezonie „Zbrodni po sąsiedzku” nasi detektywi-podcasterzy próbują wyjaśnić tajemniczą śmierć portiera Lestera, który zginął w podejrzanych okolicznościach pod koniec czwartego sezonu. Charles, Oliver i Mabel nie wierzą, że był to zwykły wypadek, dlatego szybko ruszają tropem mafijnych porachunków i kolejnych sekretów skrywanych przez samą Arconię. A umówmy się, ten budynek ma już tyle tajemnic, że momentami naprawdę brakuje tylko ukrytej świątyni iluminatów w piwnicy… choć to, co bohaterowie odkrywają tym razem, potrafi być równie zaskakujące. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy głównymi podejrzanymi stają się jedne z najbardziej wpływowych osób w Nowym Jorku. Tym razem nasza trójka amatorskich śledczych trafia na przeciwników, którzy mają nie tylko pieniądze i wpływy, ale też bardzo dużo do ukrycia. I choć Charles nadal panikuje przy byle podejrzanym dźwięku, Oliver dramatyzuje bardziej niż zwykle, a Mabel próbuje utrzymać to wszystko w ryzach, ich chemia wciąż pozostaje największą siłą serialu.

Muszę przyznać, że po 1. i 2. sezonie to właśnie 5. odsłona będzie chyba moją ulubioną. Oglądało mi się ją wyjątkowo przyjemnie, a nowe postacie, choć oczywiście lekko przerysowane, jak to w „Zbrodniach po sąsiedzku” bywa były świeże, barwne i groteskowo zabawne. Ten sezon dał mi dokładnie to, co ta produkcja robi najlepiej: ciekawą zagadkę kryminalną, świetną chemię między bohaterami i kapitalne role gościnne, ale do nich jeszcze przejdę później. Sam wątek śledztwa był bardzo sprawnie poprowadzony, dynamiczny, pełen tropów i zwrotów akcji, ale bez przesadnego chaosu, który momentami pojawiał się w poprzednich sezonach. Bardzo podobało mi się też to, jak dużo miejsca poświęcono historii samej Arconii. Retrospekcje z życia Lestera po raz kolejny pokazały, że Arconia to nie tylko budynek, ale właściwie czwarty główny bohater serialu. I chyba właśnie najbardziej uwielbiam sposób, w jaki fabuła jest skupiona wokół tego przedziwnego, momentami wręcz absurdalnego miejsca, które zdaje się żyć własnym życiem. Historia naprawdę wciąga, a Steve Martin i John Hoffman po raz kolejny odwalili kawał świetnej roboty.

Steve Martin, Martin Short i Selena Gomez wciąż pozostają sercem tej produkcji. Dalej ogląda się ich rewelacyjnie, a chemia między całą trójką nadal działa dokładnie tak dobrze, jak na początku serialu. Martin i Short to przecież stara gwardia najlepszych komediowych aktorów Hollywood, więc nikogo nie powinno dziwić, że aktorsko „Zbrodnie po sąsiedzku” od początku trzymają bardzo wysoki poziom. Niesamowicie przyjemnie obserwuje się też to, jak bardzo aktorsko rozwinęła się u ich boku Selena Gomez. Sama Mabel z sezonu na sezon zyskuje coraz więcej charakteru i dziś jest po prostu zwyczajnie cool, charyzmatyczna, ironiczna i świetnie odnajdująca się w tym absurdalnym świecie. Przy tak mocnym głównym trio nie dziwi już chyba fakt, że co roku serial przyciąga kolejną imponującą obsadę gościnną pełną wielkich nazwisk. W tym sezonie pojawiają się m.in. Bobby Cannavale, Renée Zellweger, Logan Lerman, Christoph Waltz, Téa Leoni, Dianne Wiest oraz powracająca do swojej roli Meryl Streep. Szczególnie świetnie wypadają Zellweger, Lerman i Waltz jako główni „złole” tego sezonu. To bardzo dobrze napisane archetypy bogatych i wpływowych ludzi, którzy są jednocześnie fascynujący, niepokojący i momentami absurdalnie wręcz oderwani od rzeczywistości. Idealnie pasują do klimatu serialu, który uwielbia balansować gdzieś pomiędzy kryminałem, komedią i totalnym chaosem.
Jasne, można zarzucić temu sezonowi, że nie wszystkie plot twisty i wątki są równie dobrze poprowadzone. Część motywów pojawiających się na początku historii długo czeka na rozwinięcie, a niektóre nowe postacie sprawiają bardziej wrażenie elementów zagadki niż pełnoprawnych bohaterów. Momentami można więc odczuć, że serial trochę gubi priorytety. Tylko… czy to kiedykolwiek było w „Zbrodniach po sąsiedzku” najważniejsze? Moim zdaniem, bynajmniej. To właśnie dla bohaterów, ich chemii i tej groteskowej pogoni za kolejną zbrodnią lubimy „Zbrodnie po sąsiedzku”. Dlatego czasem warto po prostu zluzować wrotki i dać się wciągnąć w kolejne szalone przygody mieszkańców Arconii. W końcu kto wie, kto tym razem zostanie zamordowany? 😉
Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i treść.

