Książki serialoweWspółpraca reklamowa

Żywe Trupy: tomy 4 i 5 (Opina spoilerowa)

Cieszę się, że mogłem wrócić do pierwszych tomów „Żywych Trupów”. To właśnie tutaj Kirkman zbudował swój najbardziej realistyczny, emocjonalny i przede wszystkim brutalny świat pełen zależności, który do dziś wyznacza kierunki i ciężko go czymkolwiek zastąpić. Wybaczcie, ale tym razem tekst będzie spoilerowy, bo na tym etapie historii po prostu nie da się nie komentować konkretnych rozwiązań fabularnych.

Akcja czwartego i piątego tomu przenosi się do więzienia, w którym ekipa Ricka próbuje się zadomowić. Jasne, zombie wciąż są problemem, ale prawdziwe zagrożenie nie płynie już tylko z ich strony, a od nowych postaci, które na stałe odcisnęły piętno na serii. Na scenę wchodzi Michonne, która niby jest sojuszniczką, ale swoim parciem na „normalność” i szczęście potrafi roznieść życie innych. No i Gubernator czyli kompletnie odklejony typ, który bardzo szybko pokazuje bohaterom, że z nim żartów nie ma.

Samo spędzanie czasu między murami więzienia było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Oczywiście, można by to sprowadzić do „serialowej telenoweli” bo bohaterowie schodzą się, rozchodzą, dramaty się zapętlają, ale wszystko jest tu napisane z wyczuciem. Postacie zmieniają się im lepiej je poznajemy, więc bardzo łatwo złapać z nimi emocjonalny kontakt. Mamy chociażby Michonne, która wchodzi w relację z facetem Carol, co prowadzi do kompletnego rozpadu psychicznego Carol – matki, która zaczyna balansować na granicy życia i śmierci, a potem na siłę szuka szczęścia. I mimo szybkiego tempa narracji wszystko brzmi autentycznie, widzimy obraz kobiety kompletnie zniszczonej psychicznie, a jej szczerość i emocje serio poruszają.

Między murami więzienia dzieje się dużo więcej ludzkich dramatów, jak chociażby spięcia na linii Rick-Tyreese. Są do siebie niesamowicie podobni charakterologicznie i potrafią bezlitośnie wytykać sobie błędy w myśleniu. Co więcej, obaj bywają brutalnie stanowczy: potrafią zabijać zwykłych ludzi, jeśli ci zagrażają ich bliskim. I to, co uwielbiam, te sytuacje nie są zamiatane pod dywan. One mają ciężar, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Widzimy, jak bohaterowie to przeżywają, jak potrafią skoczyć sobie do gardeł, ale też jak podchodzą do wszystkiego z głową. Rick i Tyreese nie zamiatają spraw pod dywan tylko mówią wprost, co zrobili, a potem cała grupa urządza burze mózgów. Padają rozsądne argumenty, każdy może się wypowiedzieć i nagle zmienia się perspektywa. I tutaj trzeba Kirkmanowi oddać jedno: potrafi pisać piekielnie mądre postacie bez sztucznego przekombinowania. Do tego jego długie dialogi serio wciągają, nawet całe „ściany tekstu” czyta się bez zmęczenia. Prawdziwa jazda bez trzymanki (i dosłownie „mięsko”) zaczyna się w piątym tomie, kiedy katastrofa helikoptera wrzuca bohaterów do Woodbury i na drogę Gubernatora. To jest zło w najczystszej postaci. Typ bez skrupułów, trzyma swoich ludzi krótko za mordę, a obcych potrafi wysyłać na arenę z zombie albo… robić im jeszcze gorsze rzeczy. Jest tu masa momentów, które potrafią zgorszyć nawet dorosłego czytelnika. A kiedy wchodzimy w jego „życie prywatne”, robi się już absolutnie chory klimat.

I tu znowu Kirkman mistrzowsko pisze skurwysynów. Co ciekawe, nie potrzebuje do tego kilometrowego origin story. On po prostu wrzuca na scenę złego człowieka i od pierwszej chwili czujesz, że to ktoś, kogo nie da się zignorować. Budzi odrazę, wkurza i zostaje w głowie, i właśnie dlatego Gubernator ląduje bardzo wysoko w rankingu najbardziej odpychających postaci popkultury. Ogromne brawa należą się też rysownikom (Adlardowi i Rathburnowi). Styl graficzny trzyma poziom poprzednich tomów, ale tutaj naprawdę przesunięto granice „smaku”. Jest więcej brutalności, więcej detali i więcej scen, które potrafią zmęczyć psychicznie. Najlepszym tego przykładem jest moment, gdy Michonne postanawia brutalnie rozliczyć się z Gubernatorem. Serio, nie jedzcie wtedy.

Dziękujemy wydawnictwu Taurus za komiksy. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.