Nowy Świat Ultimate: Inwazja (Opinia)
Są komiksy mądre i przełomowe, a do takich zdecydowanie zaliczam „Nowy Świat Ultimate: Inwazja„! Ten tom miał na sobie ogromną odpowiedzialność, bo miał być wstępem do odświeżonego świata Ultimate, ale zamiast zwykłego powrotu dostajemy właściwie stworzenie całej koncepcji od nowa. Czy się udało? Jeszcze jak!
Pomysłodawcą jest Hickman, więc trudno było się spodziewać porażki. Autor, zgodnie z tym, do czego nas przyzwyczaił, podszedł do tematu bardzo ambitnie i rozplanował wszystko tak, żeby jeden wątek spinał się z drugim, korzystając przy tym z naprawdę nieszablonowych rozwiązań. Za całe zamieszanie odpowiada Maker, który ucieka z więzienia i błyskawicznie zbiera odpowiednie elementy, żeby otworzyć sobie drogę do nowego, a właściwie starego świata, i zaczyna modulować go według własnego „widzimisię”, korzystając z podróży w czasie.
Już samo wprowadzenie pokazuje, że to nie jest klasyczna historia superbohaterska. Sporo tu wątków czasoprzestrzennych i technologicznych, po które autor sięga z rozmachem, a przy tym potrafi to wszystko z głową rozpisać i zaangażować w fabułę odpowiednie postacie tak, żeby nadać historii rozmach, ale też wpleść w nią sporo osobistych treści. Te najmocniej wybrzmiewają w drugiej części komiksu, kiedy Maker zaczyna modulować świat po swojemu. Robi się wtedy naprawdę osobiście: eliminuje niewygodne mu postacie z areny, a zatwardziałych wrogów stawia w wręcz niewolniczych pozycjach, co otwiera zupełnie nowe pole zagrożeń. Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy znani nam bohaterowie i motywy zostają zmienieni w szczegółach, jak choćby zabranie pająka, zanim zdąży ugryźć Parkera. To detale, ale stawiają to, co znane, w zupełnie nowych okolicznościach i budują przemyślany grunt pod późniejsze serie jak „Ultimate Spider-Man”, gdzie dostaniemy Pajęczaka wyrwanego z utartego cyklu, w roli pełnoprawnej głowy rodziny.
Właśnie dzięki tym zmianom, ambitnemu budowaniu świata i strategicznemu rozstawianiu pionków pod kolejne wątki fabularne, historia wciąga niesamowicie, a jeszcze więcej zyskuje, kiedy dochodzi do akcji. Tej, co prawda, nie ma tu zbyt wiele, i autor nie rozwija jej na tle innych historii superbohaterskich, ale stanowi ona potrzebną odskocznię do kilku zwrotów akcji, jak choćby ze Starkami, gdzie lekko odwrócono role i historia zyskała naprawdę dużo na dramaturgii. Całość jest przy tym bardzo przystępna i stanowi nie tylko solidne ustanowienie nowych reguł, ale przede wszystkim dobre wprowadzenie dla zupełnie nowego czytelnika, przy którym trudno się pogubić. Jasne, jest kilka zaskakujących konceptów bez wytłumaczenia, jak Hulk, ale mają one na tyle marginalne znaczenie w tym momencie, że nie zaburzają odbioru całości.
Za ilustracje odpowiada Brian Hitch, czyli kolejne uzdolnione nazwisko przy tym projekcie. I jest dokładnie tak, jak można się po nim spodziewać: współczesna, dynamiczna kreska z realistycznym podejściem do proporcji postaci, świat prezentujący się świetnie pod względem szczegółowości, a przy tym, co u Hitcha nigdy nie zawodzi, mimika i ekspresja postaci trzymają wysoki poziom.
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst pierwotnie opublikowany na Uniwersumdccomics.com.pl

