Batman. Umierające miasto. Tom 6
No i dojechaliśmy do zwieńczenia „Batmana” Zdarsky’ego, który przez cały ten czas był dla mnie słodko-gorzkim doświadczeniem. Słodkim, bo sporo było tu fajnej i niezłej akcji, która mocno rozwinęła postać Nietoperza. Gorzkim, bo akcja zajmowała pierwsze miejsce, co skutkowało dość słabym rozwijaniem motywów czy skrótowym podejściu do fabuły, służącej jedynie za tło dla kolejnych rozrób.
Lepiej jest z ostatnim tomem. Jest tu dużo mniej akcji, a więcej skupienia na postaciach i następstwach ostatnich zmian w Gotham. Stąd choćby pomysł na nieoczywiste zagrożenie ze strony nowej korporacji, technologii i wmieszania w to przeciwników głęboko zagnieżdżonych w lore Nietoperza, którzy cały czas kombinują, jak mu zaszkodzić. Pomysł sam w sobie był niezły, szczególnie że pomysłowo wykorzystano Gordona. Choć dostał nagły i dziwny romans, to wystarczyło to, by całe zagrożenie nabrało bardziej osobistego wymiaru. Dzięki temu trudno przejść obojętnie obok zwrotu akcji, który do końca każe się zastanawiać, ile w tym technologii, a ile osobistej zdrady (finalnie to motyw ostro wywracający historię do góry nogami i skłaniający do przemyśleń). Super, że w całą intrygę wpisano dobrze znane postaci i dano im okazję do zaprezentowania się – w przeciwieństwie do nowych sylwetek.
Tak, nowe sylwetki – jak choćby postać Komandora, który przez całą historię właściwie świeci w tle, nic szczególnego nie robi i trzeba na siłę uwierzyć, że może stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Finalne ujawnienie jego tożsamości tylko rozczarowuje, ale z drugiej strony jest to dobre domknięcie klamry dla jednego z wątków obecnych w serii Zdarsky’ego. Zresztą to samo można powiedzieć o całym tym tomie: Zdarsky domyka w nim wątki w zgrabny sposób, wręcz naprawiając niektóre błędy z przeszłości, dzięki czemu nawet te najgłupsze czy najbardziej absurdalne pomysły potrafią się obronić. Szkoda tylko, że po takim czasie. Oczywiście na tym etapie nie zabrakło przekombinowanych pomysłów, bez których historia poradziłaby sobie lepiej – jak choćby wróg, który finalnie kryje się za największą zmianą w Gotham. O ile wykorzystanie samej organizacji nie było złe, o tyle sposób wykonania pozostawiał wiele do życzenia. Właściwie uwidocznił ich brak kompetencji, co nie współgrało z tym, co znamy, a wręcz dawało powód do narzekania na zasadzie: „można tu postawić kogoś innego i obroni się sam”.
Za rysunki odpowiada nie kto inny jak Jorge Jiménez. No i to kolejny powód, dla którego wypada sięgnąć po ten tom. Rysownik jest w formie, dlatego kolejny raz dostarcza niezwykle dynamiczne, ekspresyjne plansze w nowoczesnym stylu: mnóstwo detali, ostre linie, z wyczuciem przerysowane sylwetki, atrakcyjne projekty postaci. Sceny akcji w jego wykonaniu do tego stopnia kipią energią i mają w sobie kinowy rozmach, że chce się wręcz zawiesić niewiarę co do faktu, iż mamy do czynienia ze zwykłym człowiekiem, i po prostu kupuje się te sekwencje – jak choćby scenę lądowania samolotem na przedmieściach Gotham (no, coś takiego chciałbym zobaczyć w IMAX-ie, serio!).
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

