Dom Saphirów (Opinia bezspoilerowa)
Moja przygoda z twórczością Marissy Meyer sięga już dobrych kilku lat wstecz, kiedy na polskim rynku zaczęły pojawiać się pierwsze tomy jej słynnej serii Saga Księżycowa. To było totalne zauroczenie, świat, bohaterowie i styl autorki wciągnęły mnie bez reszty. Niestety, jak to czasem bywa, nie doczekaliśmy się pełnego wydania wszystkich tomów w tamtej odsłonie, co było sporym rozczarowaniem dla fanów. Później książki autorki przechodziły przez różne wydawnicze perturbacje w Polsce, aż w końcu trafiły do Wydawnictwo SQN i to był strzał w dziesiątkę. Od tego momentu możemy cieszyć się naprawdę dopracowanymi, pięknymi wydaniami, które aż chce się mieć na półce. Jako wielka fanka twórczości Meyer, śledzę jej kolejne książki z ogromnym zainteresowaniem: od sagi, przez „Bez serca”, aż po najnowsze powieści. Dlatego kiedy pojawił się „Dom Saphirów„, wiedziałam, że to będzie coś specjalnego. Już same zapowiedzi sugerowały, że czeka nas prawdziwa uczta, nie tylko pod względem historii, ale też wydania. I nie zawiodłam się, SQN jak zwykle stanęło na wysokości zadania, tworząc książkę, która przyciąga wzrok równie mocno, co fabuła (ale o tym jeszcze później). Zapraszam Was do mojej kolejnej czytelniczej przygody, tym razem w zupełnie nowym, intrygującym świecie wykreowanym przez Marissę Meyer.

Trudno powiedzieć, żeby życie Mallory Fontaine było nudne albo spokojne, wręcz przeciwnie, chaos to jej drugie imię. Razem z siostrą robią wszystko, żeby jakoś przetrwać w dość pokręconym świecie pełnym magii i nadnaturalnych istot. Co najlepsze (albo najgorsze), same są… tak średnio magiczne, co jest dość ironiczne, biorąc pod uwagę ich ambitny, pełen magii rodowód i dzieciństwo. Mallory ma jednak jednego asa w rękawie: potrafi widzieć i rozmawiać z duchami. I to już robi robotę. Siostry wykorzystują to (a czasem też trochę naciągają rzeczywistość 😏), prowadząc rodzinny „biznes” oparty na sprzedaży podejrzanie skutecznych zaklęć i organizowaniu wycieczek po nawiedzonej rezydencji. A nie jest to byle jaka miejscówka! To właśnie tam hrabia Bastien Saphir w przeszłości pozbył się swoich żon w dość… ostateczny sposób. Sprawy zaczynają się komplikować, kiedy na scenę wchodzi Armand Saphir, potomek całej tej rodzinnej tragedii. Jest przekonany, że siostry naprawdę mogą pomóc i pozbyć się ducha jego przodka z rodowej posiadłości. Oferta brzmi jak marzenie: dużo pieniędzy, klimatyczny dworek i robota, która teoretycznie powinna być szybka i prosta. No właśnie, teoretycznie. Bo duch, jak się okazuje, nigdzie się nie wybiera, a sytuacja szybko wymyka się spod kontroli. Na dokładkę w rezydencji dochodzi do morderstwa, więc robi się już nie tylko strasznie, ale i całkiem niebezpiecznie. I nagle okazuje się, że to zlecenie to nie szybki zarobek, tylko początek naprawdę poważnych kłopotów.
Zacznijmy od tego, że ta powieść to naprawdę ciekawe połączenie klimatów. Z jednej strony mamy coś na kształt mrocznej, momentami wręcz gotyckiej historii z nutą grozy (choć może „horror” to jednak trochę za mocne słowo), a z drugiej: typowy dla Marissy Meyer lekki, świeży humor i jej charakterystycznych, nietuzinkowych bohaterów. I to właśnie ten kontrast robi tutaj największą robotę. Bo dostajemy główną bohaterkę, temperamentną, sprytną cwaniarę, wrzuconą w sam środek nawiedzonej rezydencji, gdzie morderczy duch czai się praktycznie na każdym kroku. Brzmi jak przepis na coś ciężkiego i mrocznego? A jednak nie do końca. Z jednej strony mamy sceny pełne napięcia i niepokoju, gdzie naprawdę można poczuć ten lekki dreszcz. A z drugiej, całe grono duchów, które zamiast tylko straszyć, potrafią być… zaskakująco urocze i momentami naprawdę zabawne. I to jest właśnie coś, co totalnie kupuję w tej książce. To połączenie na pierwszy rzut oka mogłoby się kompletnie nie sprawdzić, ale w wykonaniu Marissy Meyer działa zaskakująco dobrze. Dzięki temu „Dom Saphirów” nie jest tylko mroczną historią o duchach i zbrodni, ale też bardzo przyjemną, wciągającą rozrywką – pełną napięcia, tajemnic, odrobiny krwi… i całkiem sporej dawki humoru.

Ta książka ma też coś, co od zawsze uważałam za jeden z największych atutów Marissy Meyer, budowanie postaci. I tutaj naprawdę widać jej formę. Mallory i Armand to bardzo ciekawe duo, które podobnie jak sama fabuła, teoretycznie nie powinno działać… a jednak działa świetnie. Niby do siebie nie pasują, niby wszystko między nimi jest trochę „nie tak”, a mimo to ich wspólne sceny wypadają bardzo naturalnie i po prostu dobrze się je czyta. Jest w nich sporo humoru, niezręczności i takiego uroczego chaosu, który rozładowuje napięcie tej z założenia mroczniejszej historii. Czasami aż chce się powiedzieć: „ogarnijcie się”, ale właśnie w tym tkwi ich urok 😄 I szczerze? Nie da się ich nie lubić. Zresztą to samo dotyczy drugiego planu, który też wypada naprawdę świetnie. Na szczególną uwagę zasługuje cały „orszak” nieżyjących byłych żon: bo tak, dostajemy tu całkiem sporą grupkę duchów kobiet, które kiedyś miały to nieszczęście poślubić niewłaściwego człowieka (i delikatnie mówiąc… źle na tym wyszły). I teraz pojawia się ważne pytanie: czy można być „byłą żoną”, jeśli mąż dosłownie usunął cię z tego świata? 🤔 Te „martwe kobietki” są absolutnie świetne, trochę groteskowe, trochę upiorne, ale jednocześnie zaskakująco urocze. Wnoszą do historii sporo humoru i sprawiają, że całość nabiera jeszcze bardziej wyjątkowego klimatu.
Czy jest to pozycja bez wad? Bynajmniej. Czy fabuła jest przesadnie skomplikowana i pełna nieprzewidywalnych zwrotów akcji? Raczej nie. Ale szczerze mówiąc – nie jestem przekonana, czy w tej historii w ogóle o to chodzi. Najważniejsze jest to, że wszystko po prostu dobrze ze sobą gra. Jasne, nie obraziłabym się na lepsze rozwinięcie niektórych elementów, jak chociażby system religijny czy szerzej pokazany świat przedstawiony. Momentami czuć, że można było pójść o krok dalej… albo przeciwnie, coś uprościć. Tylko że podczas czytania zupełnie przestało mieć to dla mnie znaczenie. Historia tak mnie wciągnęła, że nie skupiałam się na jej brakach. I szczerze, mam wrażenie, że w tego typu książkach doszukiwanie się na siłę niedociągnięć to już trochę zwykłe czepialstwo. Bo „Dom Saphirów” to przede wszystkim świetna rozrywka. Straszna tam, gdzie powinna być straszna, trzymająca w napięciu wtedy, kiedy trzeba, a jednocześnie zabawna i momentami nawet wzruszająca. I właśnie dlatego uważam, że to po prostu bardzo udana książka.
Dziękujemy wydawnictwu SQN za przekazanie egzemplarza recenzenckiego. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

